Siedząc na odnóżu pnia, do słońca obrócony, w lnianej kitlinie i w szarym serdaku, na barkach wolno zwieszonym, o włosach białych, skrętami opuszczonych ku ramionom, o twarzy niewiele pobrużdżonej, dziwnie łagodnej, oczach siwych jako tarki rosy, w których się niebo przeziera — Słowianin-dziecko — zdawał się być ufnością samą w dobro świata... Nie widać w nim było goryczy lat ni zawodów, jakie nie sto-raz przebył. Przechodziły jakby mimo niego. I obecne przydarzenia, choć się skłopotał nimi, nie miały waloru pomącić mu spokoju serca. Umiał sobie w rozumie rozradzić.
— Trudno... Budując w puszczy osiedle między dźwierzem, trza było być przygotowanym na gorsze wypadki. Jeszcze nie straszna klęska. Ule sie naprawi. A zaś, że ten poniszczył chrobaczków niemało — trza będzie po lesie przejść — może co szczęście nadarzy...
O krowę się już nie trapił, skoro Prokop poszedł. Przywiedzie ją na pewno — wierzył — chyba jakby jakie nieszczęście... To i to trza znieść. Mogłoby być gorzej — jak raz, kiedy mu czworo bydła padło... Przeciwko nieszczęścia młotom cóż człowiek nędzny poradzi?
Nurtowała go jeszcze myśl niewyrozumiana w sercu o Prokopowym dziwnym odejściu i z tą się dźwignął.
Poszedł pomału po karczowisku nierównym, przypatrywał się z bliska strasznej rujnacji, dotykał z szacunkiem dłonią drżącą wywalonych z ziemi pni-potworów, zatrzymywał się w trwożnej zadumie nad rozdartymi dołami, w których słońce ukośne jakoby w ranach głębokich skrzepłą krew cieni zostawiało.
— Co tu mozołu! — szeptał do swego zdumienia. — Gdzież to jeden człek...
Podziw go zdejmował w sercu dla siły upartej syna.
— Ten łacwo ziemię potrafi zniewolić... Usłuchnie go drzewo, skała — wszystko sie jego ręce podda...
Ułaził po świeżych kopcach, uopatrywał, udumał — wreszcie się zabrał z powrotem ku osiedlu.
Prokop, zadawszy się w ubocz, przedarł się wnet przez gałęzie skrajnego przylasu i piął się borem wysokim, podnoszącym się stromo ku górze. Zamierzył przeciąć leśną stocz na ukos, by wynieść się na siodło grzbietu, lecz piętrzące się gęsto zawady zmuszały go do zbaczań, a nieraz ścianą długą tamowały przejście, tak iż nie mogąc otworu naleźć do przedarcia, musiał dalekie robić zakolenia.
Trudem stóp swoich, nie tylko oczami, miał sposobność wymierzyć zniszczenie, jakie burza niedawna w lesie poczyniła. A ubocz ta szczególnie w burzy ucierpiała, jako na zachód pod czoło wichru otwarta.
Po całym wszerz schyleniu u stóp olbrzymich drzew-kolumn pod wysokim zacieniem gałęzi leżały wzdłuż i poprzek krwawe trupy smreków, niekiedy jeden na drugim albo cały ich zwał; ze rzadsza między nimi jedle w zesiniałej korze i w ciemnozielonej, świeżej jeszcze u głowic ściętych, cetynie.
Na hrubych rozgałęziach olbrzymich jedlic zawieszone, to w rozdwój ramienny buków jako we widły chwycone, to nad rozpadlinami potoków abo i wprost na powietrzu wiszące, kłoziły się wykroty potworne, o krwawiących, starganych żyłach korzeni, często z całym płatem ziemi czerwonej wywa-
lone, wierchami na wszystkie pomiecione strony — jak je piekielny młyn wichru, puszczony w ubocz, powykracał.
Nierzadko nachodził się ślad straszliwych uderzeń Peruna: — jedle rozcięte przez całą długość aż do śniatu i połaciami dwiema na boki rozchylone, to grotem porozrywane, ranami rozpadłymi do rdzenia świecące, to ostrzem przerysowane od wierchu do ziemi lub z kory żywcem odarte, to okrutnie potrzaskane, kośćmi białymi i kikutami straszące, gdy łupy z nich i długie odstrzały ścieliły się po ziemi daleko.
Złomiska, tramy z pogruchotanych drzew walały się co krok. Gruba zapleć gałęzi, warstwy nakruszonych sęków pokrywały zdradliwe doły i rozpady. Na potoczkach piętrzyły się wysokie jazy z naniesionych przez wodę pniaków, gałęzi i knutli. Zaś w dolinkach i zagłębieniach ziemnych, jako wzgórza namułu na dnie morskim, wznosiły się kopce chrustu i rdzawistego piaru, zmiecione strugami deszczu.
To wszystko zatarasiło, zakryło do cna grunt ziemi, nie mówięcy już o warstwie przegniłej lub wietrzejącej od lat na powierzchni, o zwałach kłód zbutwiałych, które potworniły się, często do pół jeno widne, jak olbrzymie tułowia nieznanych na ziemi stworów — o głazach-samorodziach i głazach-skrzyżalach — o kępach, w których się węże świszczące chowają — o zbitych płatach trawsk i wężowiskach ożyn...
Przez te zapory gęste przedzierał się Prokop. Stał się jako lis i jeleń. Przeskakiwał leżące na ukos złomy, podłaził popod wykroty, przechodził, jako po
mostach, po wiszących nad wyrwami drzewach, przemykał się po jazach lub chwiejących się koszach galęźnych, przewlekał się przez płoty wyłomisk, przesnuwał się przez gąszcze, wymijał doły zdradliwe, targał ostre powrozy ożyn chwytające go za nogi — i dążył uparcie naprzód.
O ścianę zwałów wstrzymany, rzucał się ku jej spleciom jak taran rozpędzony, próbował rozrzucić, zwalić — aż skoro nie widział rady, wtedy z pomrukiem ustępował.
Hałas rozchodził się po lesie od jego gniewliwych łamań, jakby się niedźwiedź po gąszczach suchych tarmosił.
Umykała przed jego drogą zwierzyna spłoszona: co chwila to szelesty lub trzaski gałęzi poprzedzały wzrok jego, rosą potu przymglony. Wiewiórki śmigały ponad nim po drzewach, ptactwo się niepokoiło.
Zrazu tylu zawadami przyniechęcony, rozpalał się, w miarę jak się z nimi borykał. Podobnie jako ten płomień u stóp uboczy podłożony, imający się niechętnie wilgotnych gałęzi, a gdy je już pocznie gryźć, przeżerać, ciska się z jednych na drugie, ogarnia dalsze i posuwa się nieodparcie w miotaniu wściekłym ku górze.
We walce siły mu rosły, jakby w niej duszą odpoczywał. Tracił zwyczajne sponurzenie i nabierał zapału, który go w rzutkość płomieni!. W całej postaci jego następowała przemiana. Zazwyczaj ociężały, sprężystym stawał się jak obłąk łuku. Mało skrzydeł smoczych nie dostawał. Po twarzy zrytej rysami i jako brąz ściemniałej pełzały ognie, od wnętrza zapalane.