Tak z nim się i teraz działo, gdy walcząc z zaporami, piął się na przełom ku górze. Rzucał się w mozół jak w kąpiel ożywczą. Nie uwierzyłby nikto, słysząc łomot, że to człowiek się przez las przedziera.
Gdy na moment na mostach drzewnych przystawał — cisza spadała wokół niego — waliły jeno młoty serca, jakby głuche po puszczy stąpania. Lęk go przed sobą brał...
Z tym większą gorączką rzucał się w łomy leśne. Już nie omijał zapor trudnych, lecz sam na nie szedł.
Często przywitała go ściana łomów olbrzymim rakwem sęków jako kopie nastawionych. Kruszył je dłonią niby chrust łomliwy, spychał wierzchnie tramy, odtaczał i puszczał je na dół z hukiem, idąc dalej. A nieraz jak po zrębie spinał się po nawalonych kłodach i zeskakiwał z wysoka na zdradne spiory gałęzi, niby na podściel traw.
W końcu dziwna już lekkomyślność chwytała się jego przeognionej głowy. Paru w odstrzeli sił swawolnych prób o mało życiem nie przypłacił. Napotkawszy złomisko zwieszone na drzewie, wyszedł po nim do połowy — gdy się splezło z konarów i jękło z nim na ziemię; szczęściem, że go pod się nie zajęło. To znów, dojrzawszy wykrot nad potokiem, wierchem wsparty na gałęziach stojącego drzewa, umyślił w mgnieniu spuścić go ku ziemi i uczynić most dla przejścia. Wyczołgał się po pniu, poluźnił zapleć wiążącą — i wykrot, spadając wierchem, zmiótł go razem z gałęźmi ku ziemi. Ledwo podołał wstać.
Okrzepł jednak wartko, jak sumar po zatrąceniu, i z tym większą zaciętością rzucił się w szaleńczą
borbę. Jakby go istnie obłęd niósł. Widziałoby się, kto by patrzył na jego miotania wściekłe, iż chce las skruszyć lub rozbić się o jego kolczaste piersi.
Nareszcie bór począł rzednieć — padły zmiędzy pni przywierzchnich niebieskie strzały światła.
Prokop, jak gdyby w serce ugodzony, osłabł nagle. Spokojnie już dowlókł się pod wierch i padł na wznak na ziemię. Przymknął oczy i cały stracił się w odpoczywaniu.
Gdyby nie pierś oddechem ciężkim wznoszona, rzec by można, iż życie go odeszło.
Długie chwile szły ponad nim.
Za jakiś czas otworzył oczy — spojrzał na błękit nieba — i znów je przywarł.
— Oczy Jewki — wyszeptał. Skurcz bólu sfałdził mu czoło.
Znów długie chwile minęły.
Dźwignął się wreszcie ze ziemi i ruszył na wierch w sennym ściężeniu ciała. Gdy stanął na przechyleniu, wstrząsł się dreszczem, jakby ciapnięty w twarz zamiecią wiatru. Zdumienie go oprzytomniło od razu.
Tuż pod stopami leżał pokotem płat lasu, straszliwą siłą z czuba grzbietu, niby garść trawy, wyszarpnięty. Przeto, jakby z polany otwartej, odkrywał się stąd widok rozległy...
Prosto od stóp — jak oczy cisnąć w dół — staczała się ubocz ciemna w głębię ku niebu rozwartą, ucinając się równo o stok uboczy naprzeciw podobnie ległej. Obie przychylały się ku sobie czołami opartymi na przygłowiu wiercha, na południu, a rozdalały się z upadem grzbietów na północ.
W dole — na dnie tej roztoki lśniły się, wywijając się z zacieni lasu niby łyskliwy grzbiet węża, zielone taśmy wody i wysrebrzały się we słońcu pieniste fale spadów.
A dalej ku wschodowi, z dalekim na północ stokiem, szły ubocze za uboczami — grzbiety pozachylane poza grzbiety — wierchy zwyźnione za wierchami — fala stężała za falą — wszystko pokryte szczelnie lasem — o wielu tonach — coraz bledszych — aż do zieleni stapiającej się z błękitem niebios.
Jak okiem potoczyć: — las i las — góry i doliny lasu — bez końca — bez przemierzenia.
Prokop wsparł stopę na pniu wykrota i patrzył w zadumieniu. Pierwszy raz mógł objąć okiem taką połać puszczy — z wierchów, wyźniejszych nawet, skróś przesłony lesistych grzebieni niewiele ujrzeć się dało.
Uderzył go, niby drzewcem w skroń, jej ogrom niespodziany.
Przebywając zwyczajnie w dolinie, miał w pomyśleniu puszczy jeno roztoki najbliższe, wierchów widzianych wieniec i w zamgleniu już chowające się za wierchy grzbiety. A tu olbrzymi splot gór — morze sfalowane lasu — po widnokrąg — i kto wie jak jeszcze daleko...
Jakże marnym wydało mu się jego karczowisko. Płatek — szpilka świecąca w niezmierzonej czerni...
Ze zdumienia wyrósł w oczach jego lęk, gdy tonął w tej mrakocie. A zarazem dźwigał się z dna serca zamiar ciemny, bezkształtny, niby czajenie się lwa w mroku — spróbowania się z tą puszczą...
Na odpór przeciw lękowi siły mu wracały, jak hufce na skrzyk rogu.
Obejmował okiem jej potęgę — czuł jej potworną moc.
— Położyć ją pod nogi... zabić — dumał lew w jego wnętrzu.
Wpatrywał się w jej ogrom z przyczajoną nienawiścią.
Szpiegowskim wzrokiem pamięci przezierał jej warowność, niby twierdzę niezdobytą wroga. Widział w jej zapadach-kniejach za stu rzędami ostrokołów zastępy srogiego zwierza — w mrokach smrekowych gontyn, przed wzrokiem śmiertelnych skryte, sprzymierzone z nią tajemne moce — i po wąwozach, ścianach, wierchach, ostrysach, dolinach wojska te nieprzeliczone drzew — mrakotę leśną...
— Wytępić zwierza... wyciąć las... zburzyć bogom schronienia...
Te myśli jako szpony wybłyskiwały z jego ciemnych oczu, a z dna woli zaciętej prężyły się nie znane mu potworne siły, których zjawieniem sam się w sercu człowieczym zniepokoił.
Lecz wnet pocofały łapy i poniżyły w mrok grzbiety prężliwe: puszcza waliła się nań ogromem, jak osypisko na piersi...
— Sam Perun nie zdołał jej zmóc... — pomyślał. Jednak z dna serca skorniałego wstawało przeciw
lękowi przeczucie, że kiedyś — kiedyś — po wiekach — człowiek w przymierzu z czasem puszczę tę wolą pokona — las na dół roztoką spławi, grunt zaorze...