Zatrzymał oczy, chodzące górą-doliną, na zjawisku dojrzanym daleko w dole, w roztoce.
Płatki czerwone ukazywały się na poprzek wylśnionej wody, jeden po drugim — i zapadały w cień lasu. Jelenie...
Drgnęło w nim myśliwskie serce. Włożył skurczony palec między ostrza zębów i świsnął przeraźliwie. Spłoszyła się tajń puszczy.
Teraz jako złote łuki przebłyskiwały w rzutach ponad wodę...
Z wierchów niewidnych południa dobiegł, ściszony dalekością, świst podobny, niby odzew na hasło znajome.
— Dosłyszał — mruknął Prokop. I pomyślał:
— To i ona musiała usłyszeć.
Wstrzymał dech piersi i nastawiwszy ucho ku południu, czekał, czy nie zaleci by echo pogłosu. Lecz słychać jeno było w ciszy popołudnia spragnione wołanie kani i dalekie, żałosne: uli! piskląt orlich.
— Pewnie dalej jest z owcami — wyjaśniał sercu, stając równocześnie na kopcu wywalonej spod wykrota ziemi, z pragnieniem dojrzenia choćby czubka uboczy, w której pasie, choć widział, że wydźwigujący się ze siodła grzbietu pobliski kopieniec przesłania grzebieniem lasu wierchy dalsze.
Patrzył w stronę tę, w zatępieniu jakby, gdy nagle rzucił w bok spojrzenie — przezdało mu się oto, że go ktoś trącił w ramię i szepnął:
— Spojrz... w kraju bóg leśny...
Przezdało mu się dalej, że w mgnieniu, gdy zwracał głowę, wskazany Pan cofnął się szybko za pień
drzewa i tam śmieje się drwiąco, ba nawet, ufny w zasłonę pnia, wykrzywia pysk złośliwie, to dłonią zakrywa drącą się w cichym śmiechu gębę, by nie parsknąć.
Wpatrzył się ostro w ten pień i począł bezwolnie prawie zestępować z kopca i iść ku niemu...
Zdało mu się, gdy ruszył z miejsca, jakoby cień, stojący za drzewem, uskoczył za pień dalszy — i za zbliżeniem się jego znów dalej uskakiwał...
Prokop usłyszał, zza ramienia jakby, urywki gwary dobrotliwej ojca:
— Będą cię zwodzić... ponad urwiska... przepaście... straszyć pyskami zwierzy... sumienie...
Trwożnie przystanął.
Spojrzenie na słońce i przybaczenie celu wyprawy otrzęsło go z tych zwidów. Zły sam na siebie, że tyle czasu zmitrężył, rzucił się w las i śpiesznie podążył dalej.
Szedł po schyleniu grzbietu — ku południowi — stroną wschodnią, gdzie złomisk nie było wiele, bowiem grzbiet uderzenia wichrowe przenosił.
Niezadługo opuścił się w siodło.
Po drodze ciskał wzrok pomiędzy drzewa, to na jedną, to na drugą stronę — w nadziei, czy gdzie cisawej sierści nie zobaczy. Parę razy nawet zeszedł sporo na dół, zwiedziony cisawością uschniętej cetyny — dopiero po zawodach kilku spostrzegł z zaniepokojeniem, że błędny ma trop w myśli.
— W średniej uboczy, mówił ociec. To aż za kopieńcem. Najpewniej w limierzach zachylnych, w ciszynie — tam, jeżeli jest dotąd, być musi.
Minął zagłębienie siodła i zadał się naokrąż w ko-
pieniec. Tu wciągnął go, nim się opatrzył we wstępie, w swoje wnętrze tajemne bukowy las...
Uderzyło go tchnienie dziwne, jakby rzucony czar. Dumał przez moment zawrócić, lecz już nie mógł dojrzeć za sobą światła wejścia.
Zamknęła się za nim brama niezgruntowanego gmachu.
Nabrawszy w serce odwagi, ruszył za wiednym instynktem. Przechodził przysienia wąskie — mijał rozszerz klat wielobocznych — wychodził na otwarte ku niebu dziedzińce, w które słońce zsypowało się z dachów zielonych — wstępował wielokrotnie po schodach ku piętrom wyższym, to schodził w ciemne piwnice, wilgoci pełne i pleśni — przekradał się przez skrytki tajemne — snuł się korytarzami krętymi — przebiegał przez hale widne — znów zstępował po schodach w przysionki mroczne — znów w korytarze...
W momencie pewnym przejął go lęk, że ten gmach go ze swego wnętrza nie wypuści. Zdało mu się, że powraca w minione przed chwilą miejsca. Zaczął się bacznie przyzierać mijanym na skrętach pniom i znaczyć je w pamięci.
Zaskakiwały oczom o przeróżnych kształtach: to przysadziste, olbrzymio hrube, jak kadłuby — to strzelające wysoko, niby podchmurne kolumny — to bulwiaste, jakby z potwornych węzłów ukręcone — proste lub łukiem wydźwigujące się z ziemi — to przygięte w kolanie, jakby do przyklęku — i jeszcze insze i insze.
W skórze też, jak we kształcie, rozmaite się widziały: to gładkie albo chropawe, jakby pazdurami
zorane — to twarde, muskularne — to ciałem, zda się, nalane — białe, świecące z daleka — to mchem czarnym obrosłe — to znów żółte lub rdzą okrwawione — to zesiniałe, niby martwe — to różowiące się pod światło, jakby przeświecała przez cienkie oskórze płynąca ich żyłami krew.
Szły w nierównych szeregach, plątały się pomiędzy sobą, w ruchach na wszystkie strony podane — niby niesforny pochód olbrzymów.
Niektóre, stojąc daleko od siebie, ciskały się czołami ku sobie lub zarzucały sobie długie ramiona na karki — rzekłbyś: w miłości — inne szły na się z okrutnym zamachem pięści lub splatały się w straszliwych zapasach — drugie zasię stały mimo obojętne lub podawały się w schyleniach naprzód.
Nad zwieńczeniami tych pogiętych kolumn również w sposobach różnych wiło się sklepienie: to ciągnęło się w łukach złamanych nad długimi korytarzami — to wystrzelało kopulasto ponad szersze hale — to zwisało ponad ziemią jak baldachimy cieniste — to kładło się na wszerz jak powała — to roztwierało się ku niebu, niby okno wysokie świątyni.
Przez tę masę sklepienia światło cisnęło się jak woda; przemakało przez gęstą zieleń liści — przeciekało przez zapleć gałęzi, spadając na konary niższe i na ziemię — a gdy natrafiło okno otwarte kopuły, lało się złocistym pasmem jak wodospad.
A pod przeważnym zacieniem rozwieńczeń liściastych i gałęźnych poplątanych spleci rozlegał się mokry cmentarz o grubym uwarstwowieniu konarów spadłych i liści, gnijących i rozkładających się we wilgoci.