Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - Kontakt
Prawo dla każdego - Umorzenie
Tanie odżywki na siłę Warszawa
Prawo dla każdego - ostatnia wola
najlepszy plan ramowy dla maturzystów

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
Prokop nieraz po kolana zapadał w przegniłą warstwę, jako w grób próchnem zasuty, a parę razy srodze się ukarał, wartcej niż gromem podcięty na niewidocznej gałęzi, które jako węże śliskie leżały w mokrych namuleniach liści. — Niepewnym stawał się krok każdy, niewiada bowiem było, na jaką zdradę nastąpi. Oczyma nic po wierzchu nie można było zmiarkować. Ot, kłoda — zwyczajna, rzekłbyś; trącił ją w przechodzie nogą — i ta się rozsuła w proch.
Dziwnie ostra woń tego cmentarza mieszała się z powietrzem, które siadało na wargi jak opad wilgotnych liści. Uderzała do głowy i czyniła w mózgu zamęt, niby napój oszałamiający.
Prokop zmiarkował po czasie, że to jest ten czar niewidny, który go na wstępie owiał.
Woń zmarłych na tym miejscu wieków i zarazem rozkwitłego na ich warstwie życia.
Często z trzewiów rozkładającej się kłody-trupa wyrastał młody buk.
Prokop uczuwał jakąś dziwną w ciele i duszy przemianę, gdy wdychał ten zapach z powietrza: — mgliste przypominanie bytu inszego, który jakoby kiedyś przed wiekami przeżył, uczucie jeleniej rześkości, ślebody i zarazem drapieżności rysiej. Coś nijak niepojętego. Chciałby po drzewach się wspinać — furgać powietrzem jak kuna — odbijać się stąpnięciem jednym na sto sążni — pędzić, łowić, dopędzać — wbić zębce w gorącą szyję...
Szaleństwo szczepiło mu się w krew przez oddech.
Nieraz stawał i wciągał zaczuj z powietrza jak
zwierz leśny. Po czym, jakby ciężar ciała tracił, rzucał się w podskokach naprzód, przesadzał jak spłoszony sarn wysokie kłody i darł przez las — ciskał się na oślep w najgęstsze konarów splecia. To w rozmachu sił napłynionych chwytał w ramiona pnie, jakby je chciał porwać do zapasów, albo znów padał na ziemię w las floraczyny, paproci i tarzał się w nich, póki mokry chłód liści nie przytysił mu płomienia w czole.
Wreszcie jakby z trujących piwnic wydostał się na powietrze — buki poczęły rzednieć, tracić się nieznacznie — zdrowie iglastego lasu nań powiało. Wychylały się coraz gęściej smreki — aż przejęły go z wolna między straż swoją surową.
Poznał, że obszedł kopieniec. Począł się opuszczać na dół po schyleniu.
Przez rozstęp drzew widział płaty uboczy jakiejś, zbłękitniałe. Pomiarkował, że to ubocz daleka roztoki; wierchy południa winne być znacznie bliżej, jako łączące się siodłem limierzy z kopieńcem. Wziął się przeto na prawo.
Za jakiś czas błękit uboczy zgasł, natomiast jęły się wyjawiać z okien międzyleśnych ciemnozielone płaty, w których i obrys drzew dał się wyróżnić, a gdy w miejscu jednym szersza rozchyl uczyniła się między drzewami, ujrzał nawet krawędź przeciwnego zbocza, o wieżach smreków i jedli z rzadkimi kopami buków, i skrawek bledszy doliny.
Począł zstępować na dół ku limierzom i minął zaledwie kilkanaście pni, gdy z bliskich wierchów zaleciał odzew dziewczęcy:
— Juh-hu-hu!
Tak zadzwonił z bliska, widziało się, że się Prokop aż wzdrygnął wzruszeniem. I w moment po jego zgaśnięciu wywinął się rozwodny, jak fale powietrzne, śpiew:
Ozlegaj sie głosie Po horach, po lasoch I po hańty stronie, Ka sie wołki pasą...
Prokop zaparł oddech w piersi — słuchał, niby muzyki najsłodszej. Dosłuchiwał do końca gasnących po uboczach ech. Nagle zatoczył się na pień, jakby go kto w serce znienacka źgnął. Męski śpiew, rozniosły, wyrwał się z drugiej uboczy...
Poduhuj, wiaterku, I stela, i stela, I z te wierchowiny, Ka sa owce biela...
Prokop mimo wiednej woli spojrzał przez rozchyl gałęzi: czy nie zobaczy białych popod wierchem owiec. Że tamten je widzieć może — słabnął aż z bólu zazdrości. Męką serca słuchał już śpiewu pasterki, który rozwiódł się, jak wonny dym, po lesie...
Hej!... drużuje nam słonko, Świat sie nam weseli, Ino jeden potok Od siebie nas dzieli...
Nim jeszcze echa dogasły — mocny, radujący się sobie głos zadzwonił w odpowiedzi:
Hej!... dzielec był i bedzie, Pokiel woda ciece — Ja potok przechybnę, Ku tobie wylecę...
Na to wypadło z wierchu, jak turlikanie srebrne wraz ze śmiechem, w zgoła już inszym tempie, niby w podrygach tanecznych śpiewane:
Na potoku topiel-topiel, A w uboczy ostry piar — Lepiejże sie w pianach opiel, Bobyś sobie nóżki zdar...
Uderzył widać ów tan-przyśpiew w krew zażegnioną pasterza, bo oto, jako ten ptak-śpiewak miłosnym szałem porwany, docinać z zapałem począł:
A na horze ogień gorze, A w dolinie cień-cień... Jak sie listki wyprostują, To już budzie dzień...
Echa odbijały się od zboczów, jak dźwięczne rąbania cieślic. Wreszcie ustały dźwięczeć.
I na chwilę dość długą cichość zapadła w lesie — iż Prokopowi, który stał  oparty o pień, zasłuchany w mękę swego serca, mogło się wydać, jako pragnął, że to krew tętniąca w skroniach wydzwoniła mu owe śpiewy zgasłe. Lecz w momencie, gdy tę myśl miał podjąć, zniósł się z wierchu na bezszelestnych skrzydłach powietrza radosny i smętny zarazem dośpiew:
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl