Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - Zachowek
psychoterapeuta behawioralny
Prawo dla każdego - obowiązki radnego
Przepis Mintaj w kapuście
opłata planistyczna

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
Hej!... idziemy, idziemy Tą ścieżyną-m ostrą-m... Dziwują sie ptacy, Że to brat ze siostrą-m...
Powtórzyło go echo po dwakroć roznośnym chichotem, aż w końcu, jako ptak raniony, spadło z bolesnym westchnieniem w roztokę. Cichość niepomącona rozsnuła się nad puszczą.
Wtedy to przystąpił zły duch do Prokopa i począł go namawiać szeptem:
— Idź, nie odwlekaj... Teraz czas sposobny. Tak blisko jesteś... On sie nie spodzieje... Ani nie krzyknie nawet... Gałęzią raz — i koniec... Coż cię wstrzymuje?... Nie słyszałeś?... On tu z nią co dzień... W serce jej sie wkrada... A ty?
Prokop, wsparty plecami o pień, patrzył ponuro w ziemię, ściąwszy wargi aż do krwi, i milczał. Szept zza ramienia nie ustawał.
— Znów stracisz taką chwilę... Po cóżeś tutaj szedł? Mnie chyba nie obłądzisz, żeś po krowę sie udał... Ale to właśnie szczęśliwie, bo nikt cię nie podejrzy... Czegoż sie boisz?... Toś las chciał zwalić po drodze — nie bałeś sie... Ja wiem... On ci wciąż na oczach staje... Walczysz z nim wszędy — i nie możesz zmóc. Jakiś ty słaby... Ba — żeby lasem był, powiadasz, tobyś na niego szedł... Coż ci las wadzi?... Jego zgładź... On ci jak strzała w sercu — wyrwij ją... Bedziesz miał spokój... Uwierz... Ino jedno szarpnięcie — a potem... Nie namyślaj sie — idź...
Uczuł jakby lekkie pchnięcie. Obejrzał się i w te razy przezdało mu się w krwią zamglonych oczach,
że czarny cień — wyraźny — odstał od drzewa — wsiąknął w las... a jasny duch wyłania się oto z lasu i przybliża się ku niemu...
— To pasmo słońca spoza drzew... Ukośnie pada. Już śródwieczerz.
Porwał się, jakby ze snu rogiem obudzony, i wartko ruszył dalej. Zeszedł wkrótce w limierze i tu uważnie począł się rozglądać. Zbaczał na obie strony — czynił długie zakolenia, to znowu mniejsze — nieraz po dwakroć zawracał na jedno miejsce — wypatrywał bystro między pniami — postanowił dokumentnie całe limierze wszerz i wzdłuż przebadać.
— Tu musi być, jeżeli jest — powtarzał w myśli uparcie. — Na wschód, na obcą stronę nie poszła. Na zachód — na dół, jak te drugie — toby i ku osiedlu już była dobiła. Na południe i na północ góra. Tu trawy dość — ciszyna.
Przeszukał całe limierze — i nie znalazł. Jeszcze raz obszedł górą, krajami — wreszcie stanął na przychyleniu.
Uderzyły go w oczy krwawe szczeliny zmiędzy drzew. Słońce już widać zapadało.
Dumał zawrócić, gdy go coś tknęło: zejść niżej.
Ruszył za tą poradą i nie uszedł ani dobrej chwili, gdy na polance, która się przed nim z lasu wyłoniła, ujrzał Cisawą, lecz w ruchu jakimś cudacznym. Poskoczył ku niej i zdumiał się sprawie, jaka się oczom jego przedstawiła.
Oto Cisawa, nogami przednimi po kolana zaryta w ziemię, trzymała przystuszonego rogami do pnia wilka...
Wszystkie żyły podskórne jej wystąpiły, jak postronki hrube, od wysiłku.
Pod nią, na kolana przyklękłe, ssało ją cielę.
Wilk już dawno widać zdechł — lecz nie popuszczała go, bo gdy zelżyła nieco w przesileniu, a wilk osuwał się po pniu ku ziemi, zdawało jej się, że żyje, i znów wzmacniała przyparcie.
Trzymała go już tak drugi dzień — wilczaszek bowiem zaraz po ulągnięciu się cielęcia po nie, jak po swoje, przyszedł.
Ujrzawszy przy sobie człowieka, dopieroż wilka popuściła. Długo drżała we skórze i postąpić na nogach nie mogła, aże cielę, skacząc koło niej, ożywiło ją i przywróciło władę jej zdrętwiałym członkom.
Prokop zacisnął wilka na plecy, zajął Cisawę z cielęciem i pomału zniżał się z nimi ku dolinom. Gdy zaszli czasem na okno między drzewami, wtedy krew zorzy zachodu padała na grzbiet Cisawej, na zwisające ciało wilka i na śmiertelnie smutną twarz Prokopa.
III
 
DANIEL

Dzień zmarł nad puszczą, krwawiąc za sobą zorzą, która się w zmierzchu roztapiała.
Mocą złego podniosły się skrzyżale z otchłannych piwnic, gdzie Swarog więzi Noc, i jęła się wydobywać z głębinnych rozpadlin ziemi włochać mroczna, jęła zalewać roztoki, zasnuwać gęstwią ubocze, omraczać wełną wierchy, tak iż się jako brzegi czasu przypływu poniżyły, gdy doliny, zalane już mrokiem, dnem się jakoby ku górze podniosły, przez co bezkresny obszar puszczy wyrównał się w kształt powierzchni morza, która po burzy co przeszłej w zgórzeniu fal zastygła, a noc na nią spadła i grzbiety wzgórz zmierzchnione brązowią się od szlaków zagasłej już na niebie zorzy.
Mrok ziemi pylił się w przestwór jak niezmierzona kadzielnica. Widnokrąg zamknął przeolbrzymi mrocznozielony dzwon nieba. W zmierzchu kopuły zaświecały się coraz liczniej gwiazdy — rzekłbyś: oczy aniołów schodzących...
Uciszyło się życie puszczy po unużeniu dziennym, lecz nie uległo, nie ułożyło się do spania, jeno zaczaiło się w trwożnym oczekiwaniu czegoś, co in-
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl