Zapraszamy do lektury! international school Gdańsk
Prawo dla każdego - termin ustawowy
Prawo dla każdego - Zstępni
Przepis Krewetki w szynce parmeńskiej
Strony Internetowe Katowice Tworzenie Stron WWW Strony Internetowe Kato

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
cieniami zbliżającemu się ku nim. A gdy koło nich przechodził, zaszumiały nad nim piórami szyszaków wysokich i zamilkły — takim groźnym milczeniem, że słyszał dygot serca, mijając je. Gdy zaś oddalił się od nich i obejrzał się, zdały mu się w płowe płaszcze pootulane, zaśnięte.
Z nagła wyrosły przed nim czarne kopy jedli. Waliły się nań strachem, gdy się zbliżał. Gdy je zaś obszedł trwożnie i podniósł ku nim wzrok od strony światła, zdały się jako pagody wysokie lub gontyny o spiętrzonych dachach, w obrzucie pyłu zielonego, z cieniami gęstych poddaszy, ciszą nabożną aż do zmiertwienia przejęte.
Minął następnie rozszerz widną, po czym wszedł jakby w ciemną sień, gdzie jeno spoza zapleci konarów, niby spoza krat wysokich, wpadała z zewnątrz srebrzysta poświata i nie dochodząc ziemi, rozsiewała się ponad sklepieniem.
Za światłem bramy onej sieni ogród się dziwny roztworzył...
Daniel wszedł w aleje widne, niby w środek bajki.
Co chwila wyzłacały się przed nim w świetle białym żółte kępy paproci, o kwiecie tajemniczym, który jako diament lśnił ogniem przenajczystszym w gwieździe ich misternych liści.
Wzdłuż drogi, niby umówione ogniki duchów leśnych, wiodące szlakami błędnymi do ukrytych skarbów, zaświecały się płomyki białych i liliowych gencjan, które nazwano w gwarze: świeczki leśne.
Z gęstwy traw lub z jam zacieni wykręcały się, niby żmije, ciemne łodygi tojadów i sięgały sinymi pyszczkami naprzeciw idącego.
Gdzieniegdzie na srebrzystym płaszczu rosy, który gniótł trawy aż ku ziemi, zalśniwały, niby gwiazdki spadłe, mieniące się pod blask księżyca złocienie.
Wieńcami dokoła leżących kłód, prawie je zasłaniając swym wyrostem, albo też płatami bujnymi wśród srebrnych traw pokosów wyznaczały się, jak zboże wysokie, śmigłe kłęcze gibrzyny o długiej rzęsie różowego kwiecia i gęstej otoczy przyłodyżnej łyskliwych liści-mieczyków.
Szedł jakby we śnie — a oto dziwne drzew majaki zachodziły mu z boków przed oczy...
Wyłaniały się kępy czarne, jak przeolbrzymie ślepia strachu — zwieszały się ponad nim girlandy mrocznozielone, z których kapało światło — zastępowały mu wysokie wrota buczyny, które drżały dygotem liści w bezwietrzu, iż zdawało się stojącemu w dziwie, że pada przed nim deszcz srebrzystych płatków.
Minął cuda ogrodu i wszedł w aleję jasną, niby w rzekę płynącą wysokim borem, w której się księżyc przeziera. Po obu stronach wydźwigiwały się czarne, nieprzebite ściany.
Księżyc świecił mu całym blaskiem swoim prosto w twarz. Przeto tym czarniejsze widziały mu się ściany lasu.
Cisza nakaźna wisiała od tarczy księżyca aż do ziemi.
Z dziwnym wzruszeniem postępował, starając się nie głuszyć stopami ciszy. Lecz zdało mu się, że słyszy szepty obok siebie, szelesty, szmery przyciszone... Stawał — ostrza oczu swych zapuszczał w mrok — wstrzymywał oddech — nasłuchiwał —
nic nie widno ani slychno było. Ściany milczały. Ruszał dalej — i znów szepty zaczynały szmerzyć. Zdało mu się — nie mógł się temu uczuciu ognać, że coś równolegle idzie pobok lasem. Gdy przystanął — czuł, nie widząc, że i to przystanęło za pniem, wstrzymując dech. Innym razem słyszał nawet czyjeś uderzenia serca. — Szedł naprzód, ściszając kroki, niby przez wnętrze tajemnicy... Nagle ozwał się tupot w lesie — zaszmerzyły gałęzie — i na blask alei wypadł z mroku drzew jeleń — nie jeleń... Stanął wryty przez parę mgnień naprzeciw idącego. Daniel miał ledwo czas zauważyć duże, szklące oczy i srebrne rogów latorośle, nim wpadł w cień drugiej ściany. Aleja wkrótce zgasła. Począł się las nierówny
o rzadkich wyświetlach polanek. Idącemu zjawiały się na oczy nieznane jakieś stwory. To, niby kłębek cienia, przetoczyło się coś niedużego poprzed nogi. — To jakiś czarny ptak, o głowie kuniej, wyfurgnął z kępy gęstwinnej, zalśnił się w zielonym świetle
i przepadł w ciemnościach lasu. — To znów coś schylonego, jakby zgarbiony dziadek leśny, przewlekło się pomału w poprzek drogi.
Na jednej z polanek ujrzał dwa smukłe cienie, jakoby w uścisku; rozbiegły się, gdy się wyjawił na świetle. Chwilę stanął w bezruchu, wstrzymując oddech, i uchem zaostrzonym, jako też oczyma rozszerzonymi badał zacień polanki. Nic jednak szczególnego nie mógł zauważyć. Cień leżał nieruchomo jak płaszcz opadły z drzew — trawy, zwalone rosą, wysrebrzały się w świetle. Cisza otchłanna zdawała się przelewać bez szmeru od ziemi do gwiazd.
Stłumionym westchnieniem uniesła się jego pierś. Podniósł oczy ku licom upiornym księżyca wyzierającym spoza drzew i poszedł za ich skinieniem.
Otoczony wokół strachem puszczy, nie czuł bynajmniej trwogi, lecz dziwne drżenie w sercu — podobnie jak czasu chłopięctwa, kiedy usłyszał pierwszy raz tęsknotę skrzypiec. Miał uczucie, jakoby srebrne promienie księżyca grały na jego sercu tę nutę, niewoląc go za sobą urokiem. Tajał wzruszeniem niepojętym. Przez wszystkie włókna jego żywicznego ciała płynęła srebrna tęsknota, której rozkosznej władzy poddawał się niewolnie.
I wyciągały mu się same ramiona ku wołanej pragnieniem postaci... Miał jej wizję cudną wciąż na oczach.
I obejmował kolumny światła srebrnego, które gasły w uścisku. Przeto, jako pragnienie wobec ułudy zdrojów, rosła jego tęsknota.
W przepełni jej począł ulgę czynić sercu wyśpiewem słów, które tak dalekie były od jej wezbrań, jak rosa od potoku.
Idąc szeptał, podkładał słowa doraźnie, jak czynią wielekroć dzieci, pod nutę wezbranej w piersi, niewysłowionej tęsknoty:

— Kraju! dolino! lesie!
O dziwna, biała gontyno!
W twoje mroczyste przyciesie
Idę za serca przyczyną.

Twoje mroczyste przyciesie
Niech mi użyczy zachrony —
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl