Tęskność na skrzydłach mię niesie
Z dalekich w dalekie strony...
Niech mi użyczą opieki
Twe białe, srebrzyste ściany —
Zza siódmej góry i rzeki
Idę, stroskany...
Straciłem owieczkę białą,
Jedyną w całym kerdelu —
Dopóki jej nie spotkam,
Nie wrócę serca weselu.
Poszła z miesięczną poświatą,
Wywarła mi się ze sadu —
Całą noc hladam za stratą,
Niegodnym natrafić jej śladu.
O zwodna pasterska chwało!
O pustko mego ogrojca!
Nie spłaci, co poostało
W kerdelu mojego ojca.
Miała srebrzystą wełnę,
Jak piany roztocznej topieli;
Gdy szła uboczą pod górę,
Myślałeś, że śnieg się hań bieli.
Oczy zaś miała jak studnie,
Jako dwa stawki w dolinie,
Gdy iskry słoneczne się topią
W ich turkusowej głębinie.
O kraju dziwnie uroczny!
O cicha, biała dolino!
O lesie, tajemny lesie!
Wieczysta bogów gontyno.
Z dachu światło się sypie,
Przez okna spływa do wnętrza,
Gdzie utajona w mroku
Śpi cisza przenajświętsza.
W chłopięcej myśli pokorze
Do progów jasnych przypadam:
Serce na oścież otworzę,
Tajń skrytą wyspowiadam...
Kochanki szukam białej,
Którą widziałem we śnieniu;
Światła mi srebrne powiedziały
O jej istnieniu...
Nie widziałem jej twarzy,
A znam ją jako siostrę własną:
Tak mi wyraźnie się marzy,
W oświetl odziana jasną.
Tam kędyś jest dolina,
Gdzie płynie srebrna rzeka,
Tam ona — serce mi szepce —
Stęskniona, na mnie czeka.
Dążę przez białe polanki,
Przez ciemne przedzieram się gęstwie:
Szukani mej cudnej kochanki
W zaczarowanym jej księstwie.
Z wysoka miesiąc blady
Litośnie wskazuje mi ścieżki,
Po których, jako białe śnieżki,
Tają mi w oczach jej ślady.
Rozjaśnił się las dziwem,
Paprocie pozakwitały —
Wszystko drży lękiem osobliwym:
Cud przeszedł biały...
Śpiewa mi ptak serca — wzruszenie,
Iż znajdę ją u końca drogi,
Ze mgły błękitnej śreżogi
Wstającą jako dnienie...
Jakaże dalizna przede mną?
Jakiże trud sercu daleki?
Wyjaw się, zaklęta dolino!
Zadzwońcie, fale rzeki!...
Przystanął w srebrnym zakolu wyświetli obok wysokiej ściany cienia i słuchał całym wzruszeniem, czy słowa zaklęć serca nie wywołają zjawiska.
Cisza, nie mącona żadnym dowiewem, zalegała głębie utajone i przenikała przez rozpyl miesięczną aż po zmroczniały dzwon nieba. Zdawało się, że słychać w tej ciszy dygot przybladłych gwiazd.
Księżyca tarcza srebrzysta wyniosła się aż do zenitu zielonej kopuły, siejąc z wysoka wszystek blask
swój upiorny na puszczę, która zdawała się zaklętą czarem w sen głęboki, niezgruntowany...
Naraz doniesło się na sowich skrzydłach ciszy dalekie, dźwięczne, nie znane piersiom człowieczym westchnienie... I zgasło w niezmąconej toni, jak oto gwiazda z firmamentu spadła.
Za czym wydobył się z nieodgadnionych głębi puszczy dziwnie harmonijny pomruk...
Zrazu ledwo słyszalny, cichy, z szeptami złączony, jął się wyczyszczać w miarę, jak dźwigał się w chórowym brzmieniu, i rozwinął się na koniec w przedziwne organów echo, dopływające falami z wnętrza niezbadanych sklepień. Za chwilę echo organne zgasło, zapadło jak rzeka pod ziemię, by po martwym przestanku żalu wywinąć się i wybrzmieć przedziwniej.
Brzmienie owo tajemne rosło, wzdymało się jak nieobjęta pierś morza ku światłu księżyca, podnosiło się olśniewającą melodią aż ku gwiazdom — to zapadało w głąb, w otchłań przepastną, niżej ludzkiego przeznania.
Wysłuchać dały się przecie w tej nieogarnionej pieśni stłumione, jakby za mrokiem stu sklepień: i echa burz, i skony drzew, i napaści wichrowe, i głuche spady wód, i mruk niedźwiedzi, i skowyt lękliwy zwierza, zarazem żal setki wieków, jęk beznadziei i ukój ponade wszystkim — wiedza początku i końca.
Puszcza oto śniła swe dzieje. W westchnieniach jej były uczucia piersią człowieczą nigdy nie objęte, zaiste przedwieczyste. Fale brzmień niezgruntowanych przepływały, jako przez cień, przez stojącego