Zapraszamy do lektury! efs europejski fundusz społeczny efs
szkolenia
religia
praca maturalna - motyw apokalipsy na 20pkt
dobrze opracowany motyw stworzenia świata w literaturze na maturę

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
ostrze stalowe. Zbliżywszy się ku temu, naszedł tajemniczy stawek, jak kłąb czarnych i zielonych żmij, śpiący pośród boru mchów. Dziwnym czarem stawek ten szedł za nim długo.
Las jodłowy się tracił w miarę schylania się gruntu, poczynała się puszcza o kępach lasu różnokształtnych, trawiastych przerzedziach, zjawiały się wyświetla coraz częściej i wreszcie wyszedł Daniel na pełnię księżyca...
Pojrzał przed siebie i zdumiał z zadziwu. Oto wyrosły przed nim wieże — baszty — mury o ostrych cieniach — dachy białe — spiętrzenia domów o oknach lśniących — ulice...
— Wyraźnie — miasto. Skąd się wzięło? — pytał się myśli zdumionej. — Czyżem milowymi krokami szedł, żem aż w kraj daleki się dostał? Czyżem nie w puszczy?
I przyszło zaraz wyjaśnienie. Zbaczyła mu pamięć, jako dzieckiem słychował opowieści prawdziwe o mieście zapadłym, które Bóg ukarał był za jakieś przewiny straszne — iż się zapadło pod ziemię.
Las wyrósł na jego placu i wokoło. Nie ostało nawierzchni ani śladu znaku. Ale kiedy pełnia staje nad tym miejscem (pojrzał — tarcza księżyca akurat wisiała nad nim), tedy urok księżyca wydźwiguje je z głębi...
Patrzył na nie z zalękiem i ze czcią nabożną.
— Miasto zapadłe — dumał. Leżało przed nim jak oto sen rozwinięty.
— Czy iść przez nie — czy je obejść? — pytał się niepewnej myśli.
Ciekawość pchała go strasznie. Nie widział bowiem
miasta dotąd, ze słuchu jeno je znal. Jakież tam dziwy być muszą!
— Wezmę znak krzyża, nic mi sie nie stanie... Przeżegnał się i ruszył w stronę bram jasnych. Poj-
rzy — a tu miasta już nie ma. W mgnieniu znikło. Stała przed nim puszcza, jak zwyczajnie, pełna miesięcznej poświaty.
Żal go obujął, płaczu bliski.
— Znak krzyża je zatracił — pomyślał.
Więc zstępował w ulice wąskie puszczy — pojrzy ze żalem w bok — i widzi na wzgórzu wały ostrokołem owiedzione, rząd palisadów jasny — wyraźnie; grodzisko...
— Któż by tu grodem stanął?
Gdy się nabliżał ku niemu, gdzieś się wprost w oczach straciło. Tęsknoty wzrok podniósł ku wierchu — i aż krzyknął, wzruszeniem przejęty. Oto na cyplu skalnym ukazał mu się zamek-cud... Nie myli się, wyraźnie rozpoznaje załomy narożne — mury — okna wylśnione — wieżę...
Teraz zrozumiał serca głos. Tam dąży. Tam jest cudo-królewna, którą tyran okrutnik więzi (w tej wieży — o nieszczęsna!)... a on idzie wyswobodzić ją. Jej to postać jawiła mu się we śnie — i tej nocy skinęła nań uroczną dłonią. Szept serca i tęsknota wiodły go przez grozę puszczy...
Płomieniał wzruszeniem cały. Już by słów wiązać nie zdołał.
— O złota moja! — wołał, wyciągając ręce-płomienie do zamku. — O cudzie, dawno pragniony!... O rajska, więziona ptaszyno! Idę, wezwany. Moc
moja cię wyzwoli. Ufaj! Sercem dążę. Na skrzydłach tęsknoty lecę...
Szedł powietrzem prawie, jakby istotnie uczuciem unoszony, gałęzie zastępujące uginał jak kłosy pod stopy i oczy miał wylśnione w wizję przenajdroższą. Przedarłszy się przez kępę napotkanych drzew — gdy wyszedł — zamku nie ujrzał już... zgasł w tym momencie — przed oczyma jego zieleniła się ubocz w świetle.
Aż jęknął z żalu srogiego. Nie mógł uwierzyć w stratę. Stał długo i wpatrywał się w ono miejsce, wolą serdeczną wzywał cudu. Nie wyjawiło się wtórnie.
Pełen zawiedzionej tęsknoty — wszedł w las...
I dziw... Co spojrzy w którą stronę, to wszędzie wyjawiają się oczom jego przerozkoszne dziewczęce postacie... Jakby cudami ciał swych mówiły jedno: zapomnij!...
Nagie, w świetle księżyca swawolnie na rozłożach drzew popowieszane, na złomiskach zgrzywionych cetyną jako na rumakach na oklep lub w siodłach gałęźnych siedzące, to na podścielach mchów puszystych rozkosznie porozkładane, z łożysk traw głębokich na szelest kroków jego podźwigujące się — wyciągają ku niemu ramiona tęskliwe, w których moc przyzewu nieodparta, kuszą go wzgórzami piersi, wabią uśmiechami ócz, raje obiecującymi, zalśniwają przed oczyma jego niewidzianymi cudami łon — iż słabnie aż z napływu przerozkosznych dreszczy. Same idą naprzeciw owych zjaw cudnych ramiona...
Aliści, co się zbliży ku której przez mgłę zaszłą
na oczy — to natknie na wykrot twardy lub na korzenie wywalonych pni...
Wieleż razy poranił dłonie swe i piersi o lśniące ostrza sęków! Nie czuł bólu bynajmniej, nawet rozkoszy niejakiej doznawał, podobnie jakby, sięgając po różane kwiecie, natrafił na ostre kolce lub jakby odbierał we śnie ukłucia sztyletu, najdroższą zadawane ręką.
Dotkliwiej odczuwał w zmysłach żal zawodny: — po każdym bowiem takim zetknięciu się ramion jego z ramionami ostrymi wykrotów zjawy niewieście pierzchały w mrok, kryły się, chichocząc z cicha, poza omszałe pnie, ukazywały się coraz nieśmielej we świetle i w końcu już się nie pojawiła żadna.
Las się zmieniał. Miast rozmaicie kształtnych, powywalanych ze ziemi, opadłych z odzieży skórnej i przeto jako ciała łudząco świecących pni, miast gęstych śniatów jedlicznych, wyłomisk i białych, istnie jak wody srebrne, przerzedzi jęły się wynurzać przed nim kępy niewiadomych drzew, jakieś widziadła pokręcone, drzewa-karły; jęły się zaświecać upiornie próchna przegniłych pni, a czernieć cielska kłód, do pół wnurzone w młaki; świecić poczęły jak płaty zbóż wysokich — nie wiadomo skąd tu w zachyli puszczy wzięte — srebrzyste łozy rokicin, jako też zgoła nieznane drzewiny o liściach białych, motylo ruchliwych, bezustannie szeptających w ciszy.
Między tym polesiskiem ze rzadka ukazywał się buk potwór o wielo-hrubych ramionach, rzadziej niósł się ku gwiazdom smrek-olbrzym, od którego cień, jak od wieży, daleko po ziemi padał.
Niekiedy znienacka wybłyskiwały z ziemi przed
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl