stada sarn, całe skupione strachem familie, pod ochroną i strażą rogaczów. — Okrajami puszczy, bliżej otwartych bram, snuły się zakonne towarzystwa wilków. — W gąszczach głębokich, cieniem jako strachem odziany, chował się zły duch sarni, złowrogi ryś. — Nad wszystkimi zaś niedźwiedź był gazdą, wonczas po pańsku żyjący, bowiem nierzadko z wypróchniałych jedli sączył się miast żywicy miód lepki, wieloletni, złocisty w słońcu jako bursztyn.
Ptactwo wszelejakiego gatunku zagnieżdżało lasy, istną ojczyznę mając w nieprzebytych gęstwiach. Moc śpiewaczych drużyn z rodu kosów i hałaśliwych grzywaczy; niepojęta ilość parami żyjących: żołen, sojek, dzięciołów, kań, dzikich gołębi; nieprzeliczone mnóstwo drobnych o różnym przybiorze ptasząt: sikor czubatych, zimorodków i maleńkich, szarych jako myszki, przezwinnych ptasikrólików. — W ubocznych, przywierzchnich drzewach chowały się ptaki-drapieżce: sowy, krogulce i jastrzębie, które podówczas miały hojne gody; a zaś w głowicach najwyźniejszych jedli, naprzeciw wichrów i burz, gnieździły się orły.
Prócz wymienionych mieszkańców równe prawo, a często większą od nich władę miały w lasach owych społeczności, zazwyczaj pomijane, jako to: pszczoły składające niesłychane bogactwa z prac swoich we wnętrzach zbutwiałych jedli; czernie mrowczyc mieszkające w pałacach wielopiętrowych, z przemyślnością przedziwną wzniesionych; chóry os, których misterne banie zwisały, na kształt balonów, z gałęzi — i niepomierne, niezliczone chmary owadzie o tysiącach odmian i gatunków, których przedziwne stroje zakryte są na wieki oczom zwierzęcych stworów.
Za dnia roztoki huczały życiem wielobarwnym, szumiały wodospadami i jednotonną pieśnią drzew, dzwoniły rozgwarem ptaków, odzywały się pomrukami zwierząt, dźwięczały rojami pszczół — grały potężną harmonią puszczy.
Z nocą zapadały w ciszę i wyglądały w mroku jak masy wojsk zaklętych, czerniawą zalegające góry i doliny, snem głębokim objęte i groźne w uśpieniu. A kiedy księżyc wytaczał się nad nie, wtedy zatracały doszczętnie swą rzeczywistość leśną i trwały — widziało się — w zawieszeniu śródpowietrznym, niby jakiś zastygły sen o puszczy — poświatą jasną zalane, mgłą zbłękitniałą zapylone, ciszą do dna przejęte — zaiste przebajeczne...
Z onego to czasu umarłego śni mi się rzeczywistość-baśń... Kiedy do roztok, naturalnym eposowym życiem napełnionych, przyszedł zwyczajnie człowiek i przywlókł z sobą dramat.
I
BURZA
Burza stanęła nad lasem w noc lipcową.
Roztracone, szare już światło dnia zmarłego, oprószające jeszcze drzewa, gasło na liściach i szpilkach jak rosa za podmuchem.
Na otwartych polankach, zwłaszcza zaś na uboczach schylonych przeciw zorzy, dogasającej na zachodzie, jeszcze było źroczno, ale już chmury, walące z południa, noc szybko nadsuwały.
Groźne w tych chmurach było kotłowanie: widziało się, jakoby potworne kosmacze porwały się strasznymi paznoktami za kołtuny i przewalały się w śmiertelnych zapasach, sapiąc i pomrukując, sunąc razem w tej walce groźnej nad roztoki.
Postrach padł na roztoczne życie.
Wszelka żywina zahaczyła w tej chwili o stałej myśli, kierującej jej chodem, lotem i uwagą, przestała myśleć o czyhaniu, polowaniu, czatach, jeno w trwożnej gorączce szukała zachronień. Uczucie wzajemnej drapieżności znikło — strach wszystkie je pobratał.
I tak: tuż obok muszek poprzyczepianych do gałęzi siedział w cichości ptaszek, dysząc zlęknionym
sercem; obok w cichości dyszącego ptaszka przewijała się kuna, lśniąc czarnością w przegibach; obok znieruchomiałej pod smreczkami sarny przemykał ryś, dążąc miękkim swym chodem ku kryjówce.
Wszystko, co żywe, nawet już do snu z wieczora układłe a pobudzone strachem, przenosiło się w bezpieczniejsze schrony, chowało się w jamach, zaszywało się w gąszcze i knieje, wpadało w głębiny ciche.
I drzewa strach obujął.
Buki trzęsły się liśćmi, ni to osiki trwożliwe — nawet po konarach ich muskularnych drgnienia przebiegały.
Smrekami dreszcz zimny wstrząsał od śniatu aże do wierzchołków; wieloramiona ich, równo rozpostarte abo nieco ku górze jak do modlenia wzniesione, poruszały się razem z nawisłą cetyną, niby ręce poważne, nakazujące ciszę.
Jedle też stały w zalęku, ciche, nieruchome; po czapistych ich głowach niósł się niewidoczny Poszum, opowiadając szeptem trwożne wieści o burzach, jakich był świadom.
W pomroku, czynionym przez zacień chmur, wyznaczały się jeszcze barwami, albo już tylko liniami przerw-potoków, leśne regimenty: czworoboki, kolumny nieprzemierzone, ciemne jakoby we zbrojach czarnych, to zzieleniałe jakoby w omszałych zbrojach, o różnokształtnych hełmach i kiściach nad czołami, hartujące się w spokoju na walkę zaciętą, powagą chwili zjęte, zadrewniałe.