Zapraszamy do lektury! starość
Biuro tłumaczeń Wrocław
Prawo dla każdego - Czynny żal
Prawo dla każdego - uprawnieni do zachowku
Genialnie przedstawiony motyw żołnierza w literaturze na maturę ustną z polskiego

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
idącym płomienie dziwnego krzewu, to otwierały się z nagła, jak ciemne paszcze potworów, jamy dawno wessanych w trawska wykrotów.
Przechodzi Daniel przez młakę uginającą się na pozór stawiska i widzi: z łożysk uśpionych traw podnoszą węże lśniące szyje... Jakby dziwiły się śmiałkowi, który śmie iść przez miejsca, nie gruntowane dotąd ludzką stopą. A oto z kłębu kępy unosi się nad inne głowa króla węziego: o srebrzystych z boków puchach, w złotej koronie...
Wstrzymuje dech i jako cień bezszelestnie przesuwa się przez światło. Wnika w cień drzew — idzie ścianami ciszy. Ma wiedzę, że jest w lesie, i jednocześnie pewnym jest, że się znajduje w samym środku baśni, we wnętrzu gmachu zaklętego.
Ledwie minął mrok drzew, zjawiają się mu przed oczy straszydła: smoki o zielonych łuskach, potwory o ptasich dzióbach, lwy o skrzydłach i głowach człeczych... Nie czuje jednak strachu, patrząc na nie. Zdają się nieprzemożonym snem obezwładnione. Przechodzi mimo nich, ani się ruszą. Raz mu tylko nogi przywarły z trwogi do ziemi przez moment krótki. Przezdało mu się, że głowa lwa człowiecza obróciła się za nim.
Wszedł znów w majaki lasu. Gdy uszedł spory kęs mrokiem, otoczony strażą ciemną wydźwigujących się coraz gęściej smreków, ujrzał z dala światło dziwne, które nie mogło być nijak oświetlą księżyca. Raczej wyglądało tak, jakby w zagłębieniu ziemnym coś się niezwykle paliło, bowiem odblask jak od ogniska, jeno w barwach inszy, padał na pnie w zakoleniu i na wiszące gałęzie. Ciągnęło go to
światło ku sobie. Mimo iż lękał się Niewiadomego, ogniska bowiem nie widział, nie mógł oprzeć się nijak nieprzepartemu czarowi. Po cichu, z zapartym oddechem zbliżał się od pnia do pnia, wreszcie zza ostatniego odważył się wychylić — i skamieniał, jak był schylonym, z trwożnego zachwycenia...
Oto u stóp, w pieczarze rozwartej odsłonił się mu skarb, o którym gadki słyszał, że jest kędyś. Widzi go teraz na oczy, mocą niepojętej łaski. Jął rozeznawać kolejno: sznury pereł wiszące, naszyjniki i inne niewiadomego użytku, spływające ze ścian grającym dziwy wodospadem — po nierównościach dna porozsypywane gwiazdy iskrzące brylantów, ognie rubinów i krwawników, wielkie jak pięści o blaskach słońca diamenty, kryształy przedziwnych barw — i na samym leju dna zesyp kamieni drogich, mieniących się wszystkimi tęczami, których oko ludzkie nie widziało.
Bał się nabliżyć krokiem, gdyż dokoła po brzegach powieszane i pod okap wewnątrz wkulone, pilnowały skarbu onego potworki, to karły-dziadki
o długich, srebrzystych brodach, rzekomo śpiące, a czuwające pilnie szparami ócz. Więc jeno patrzył, zasłonięty pniem, i chłonął oczyma cud skarbów.
W pewnej chwili usłyszał szelest poza sobą i uczuł jakoby dłoń na swym ramieniu. Obejrzał się, zlękniony, i skoro, nic nie dojrzawszy, zwrócił głowę z powrotem — skarbu już przed nim nie było — zamknął się w tym momencie. Była tylko u stóp pieczara wykrota, o sznurach korzeni wiszących
i osypisku ziemnym.
— Otwórz się! Sezamie! — wołał bezgłośnie całą wolą, przywodząc słyszane kiedyś słowa zaklęć.
Lecz już blask się nie otwarł. Daremnie oczekiwał. Ze smutkiem żalu odszedł, unosząc w głębiach oczu przedziwne światło skarbu, długo pieszcząc dziecięcą myśl niezapomnianym widokiem.
Las nareszcie począł się poniżać. W momencie pewnym doniósł się do uszu Daniela szum wody. Ocknął się w sercu i podał się za onym szumem w roztokę. Wnet dojrzał przez rozchyl drzew płynące w dole srebro rzeki...
Coś ta rzeka przypomina mu — natrąca dźwiękiem — coś najważniejszego... Całym wysiłkiem myśli, i nie może przybaczyć. Może z bliska...
Zniósł się na dno doliny nad samo światło wody. Roztoka pieniła się, lśniła, łyskała w świetle, unosząc fale za falami, nieskończenie, z szumem i pohukiem, który rozbijał bez uwagi ciszę. Zdawało się, że dolina gwarzy, że z uboczy dolatują głosy — to tkliwe, proszące, to gromkie znowu, nakaźne. Dziwnie w głowie uczuwał po ciszy puszczy to skołatanie. Patrzył w migoty fal i czuł znów znużenie oczu. Całego senność w tym kołysaniu szumu ogarniała. Podniósł ściężałe powieki — tarcza księżyca rzucała ukośny blask znad ciemnych wierchów zachodu.
Zajął się roztoką w górę. Niezadługo wydzwonił głośniejszy od szumu rzeki huk i wyłonił się oczom jego zbolałym skaczący z głazów, jak czwórka białych rumaków, wodospad...
W sennym ociężeniu ciała zbliżał się Daniel do huczącej jaśni i wyszedł właśnie na światło nadwod-
nej polanki, gdy nagle zadrżał w sercu: — zobaczył w zgięciach i spienionych grzywach wodospadu, niby uwoje girland niedbale pozawieszanych, grono boginek...
Klasnęły w dłonie, skoro go dojrzały, w mig zeskoczyły na łączkę, otoczyły go wieńcem i ująwszy się za ręce, jęły go okrążać tańcem i śpiewać w takt rozkosznych ruchów (a głos ich dźwięczny, niby wyśmiech fal, wynosił się nad huk wodospadu):
— Hola! holili! hola!
Nie twoja, chłopaku, wola.

Zdał cię nam urok nocy —
Już w naszej jesteś przemocy.

Kose! kosina! kose!
Kośmy stopami rosę...

Niech zwonią zwonki wesela —
Ułowiłyśmy Daniela...

Cóż cie tu do nas przywiedło?
Czyć sie w miłości nie wiedło?

Siestra cie rada spomina —
Jakaż przyczyna?...

Heja! hejali! heja!
Zdradziła niewierna knieja...

Serce mówiło za głośno —
My mamy prześpiegę rośną...
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl