Kiedyż bedzie wesele?
Gotujemy już śnieżne pościele...
Chciałybyśmy za drużczki —
Stroimy z głogu różdżki...
Hore! horeje! hore!
Nie sumuj — trafisz w porę...
Same cie ustroimy...
Same odprowadzimy...
Nikto wesela nie spóźni,
Kto sie u bogiń zaróżni.
To ino ludzka zabawa
Piołunem serce napawa.
Hola! hola! holana!
Dziś jesteś nasz — do rana.
Ciało twe jarne, młade,
Pieścić bedziemy rade.
Nad mchy, nad miękkie wrzosy
Wolimy twoje włosy.
Oczy twe, świeczki siwe,
Bedziemy kłuć, szczęśliwe.
Śmiech! użycie! swawola!
Hola! holili! hola!
Daniel patrzał w oszołomieniu, kręcąc się za wieńcem przerozkosznym w koło, i widział, że jedne miały szaty przejrzyste, błękitne, niby ze mgły najlżejszej utkane, drugie odziane były w paproć i liście wylśnione, jakie woda z głębin swych na wierzchnię wyjawia, inne znów były glonem ciemnozielonym okryte, jakoby co dopiero ze studzien uśpionych wyszły, inne wreszcie były prawie nagie, najcudowniejsze, perłami kropel jeno strojne. Oczy wszystkich szkliły się jako bańki wodne. Tęcza wiła się koło niego — śpiew dzwonił mu, niby śmiech srebra z potoku. Słyszał wyraźne słowa, nie wierząc, by się do niego odnosiły:
— Zawiedźmy go do komnaty,
Niech ujrzy nasze światy.
Niech ujrzy pałac-cudo.
Wiedź go, siostro Ułudo...
Ujrzał się tuż przy świetle wodospadu. Dziwnym mu się wydało w rozumie, że huk wód nie głuszy śpiewu boginek. Usłyszał głos cienki jednej:
— Ja mu oczy przesłonię,
Aby nie upadł w tonie...
Uczuł niby dłoń, niby rosę wilgotną na oczach — i za mgnienie jedno, gdy mu oczy odsłoniono, znalazł się we wnętrzu blasku, który mu zranił wzrok swą siłą.
Nic zrazu nie mógł rozeznać. Rozpatrując się jednak powoli, wezwyczaił oczy do patrzenia. Jęła go przenikać z wolna łagodność rozkoszna światła. Roz-
różnił ściany z kryształu, świecące, jakby tuż za nimi księżyce były ustawione.
Boginki otaczały go, prześwietlane promieniami — iż zdały się mu nie z ciał, lecz z jakiejś materii świetlnej poczynione. Wiodły go w dalsze komnaty.
Stąpał lekko, nie czując ciężaru ciała. Wszedł do sali, która go olśniła jako cud niepomyślany. Ściany równie z kryształu, jak w pierwszej, wyrzynane były w pionie przedziwnym sposobem: w rowki okrągłe, wdrążenia, wcięcia głębokie, listewki, przez co, gdy światło łamało się na ostrzach i odbijało w lustrach faz, zagłębień, zdały się lasem srebrnym przemisternych kolumn, idącym w świetlną dal, o tak cudownych przywierzchnich zwieńczeniach, iż zdawały się śpiewać swą pięknością. Wniki i wgłębienia ścienne, widziało się, lada chwila wyjawią z siebie cud-bóstwo, już w pięknie swoim tajone. Od światła sufitu spływały pająki świetlne na niciach złotych, przedziwne, zaświecające się coraz inną barwą.
Stał Daniel w olśnieniu pełnym, a boginki, nacieszywszy się z jego ludzkiego zachwytu, wiodły go po lustrach dalej. Mijali komnaty zalane tajemniczym światłem, nieznanym oczom na ziemi — sale o takich ozdobach, że myśl na kolana padała, czując się zrodzona nowo — sale-muzyki rajskie, sale-pieśni — wnętrza tak błogie, że serce płakało szczęściem nieutulonym — to znowu groty jakieś, objawienia, o światłach mistycznych — groty-skarby, o soplach drogich kamieni — światłotryski wynikające z ziemi jako kwiaty o niesłychanym roście i kielichach — fontanny szmerzące dźwiękiem, który zraszał duszę jak samo czyste ukojenie — i wiele innych cudów-
niespodziewań, których już Daniel nie mógł zachwytem oczu obująć.
W końcu uwidział się w jakowejś przysieni czy sali ostatniej, za którą rozumiał ogród albo sam raj. Tu go boginki opuściły i jako światła ponikły w niszach. Pozostał sam. Dziwnie bolesne uczuł opuszczenie — napływ tęsknoty wszystkiej, jakiej ranę czy słodycz kiedykolwiek czuł.
Przez ściany krysztalne przesączało się światło błękitne. Po bokach rosły w wazonach spleśniałych wysokie jak palmy paprocie i stały fotele mchu. W rogu naprzeciw wgłębienie — jakoby przesłaniane kątem ściany drzwi, skąd światło fioletowe padało.
W to dorozumiane wejście tęsknota jego podała mu ręce. I naraz — dziw — przeniknął się cały wzruszeniem. W promieniach fioletu stoi oto postać, którą już znał... widywał w sercu... sen jego! Podobna do boginek znikłych, o niebo przewyższa je urodą ziemską, światłem oczu, które patrzą nań miłością. Uśmiech-witanie — westchnienie końca tęsknoty — podają się ku sobie w uścisk, jak dwa światła, długo rozdalone męką. W sercu ze szczęścia osłabła, osuwa się ku ścianie na fotel mchu — on przy niej na kolana.
I wyrasta z milczenia serc, przejętych szczęściem, rozmowa — (dźwięki jej dochodzą z daleka, z daleka, padają z wolna, jak krople tajemniczej groty:
ON
O cudna moja! mój śnie,
Darzący mię tęsknotą w kolebie —
Przez sto bram ku tobie lecę...