IV
ŁOWY
Niedźwiedź, który bawił w pasiece Cichorza, chorzał od onej nocy. Przedostając się z powrotem przy dobłyskach burzy przez zaściel napranych łomów, przewłócząc się i podłażąc pod jarzma zwisłych wykrotów, popadł w nieszczęście niemałe: drzewo się na niego splezło. Szczęściem, że na gałęziach się wsparło, że go ciężarem całym nie przysiadło i że mógł się z wysiłkiem wywlec spod jego przygniotu. Ale też stłukło mu grzbiet i kość nadwerężyło — ledwie się dowlókł do kniei. Tu opadł na posłanie z mchu i gałęzi zrobione i długi czas nie mógł się z legowiska ruszyć.
Zwiedzieli się somsiedzi o jego nieszczęściu i nawiedzali go przy czasie; przynosili mu z lutości wyssane plastry miodu, to kiście na targanych po kraju polan borówniaków, albo też przychodzili (z próżnymi łapy) jeno dla pogwary. Wypytywali się o szczegóły wypadku, aby do księgi starej rad i przykazań mądrych, zebranych z doświadczeń wieków, którą każdy niedźwiedź w pamięci nosić był winien, dołączyć ostrzeżenie, wysnute z tego nieszczęścia. „Nie podłaź pod wiszące drzewo” — zgodzili się
wreszcie na jedno to zdanie, i to sobie miał każdy zaryć w pamięć, jako też podać drugim, nieobecnym. Aby zaś dobrze utkwiło w pamięci, okrzyknięto je jako hasło na czas jakiś, i tym się witano przy spotkaniu, póki i niedźwiedzięta nie wyuczyły się go jak pacierza. Tedy spokojnie mogli przejść do innych myśli.
W osiedlu chorzejącego posiady bywały długie; niedźwiedzie bowiem nie wilki, coby pytały o nawrot, nim jeszcze zorędują, jak, co.
— Kiebyście byli, kumotrze — mruczał sąsiad, rówieśnik sędziwy — kiebyście byli nie łakomili się na dostatek ludzki, byłoby was to ominęło.
— A istnie kum dobrze prawi — poparł drugi, sędziwszy. — Rad księgiście nie pamiętali. „Nie właź ludziom w pasiekę” — stoi tam od wieka wieków.
— Noc była Piorunowa... — sprawiał się chorzejący.
— Ludziom i Piorun sprzyja. Któż, jak nie On, udarował ich ogniem i strzałami, które zabijają z daleka we mgnieniu?
— Umm — przyświadczył inszy — wiem ja coś o tym. Noszę haw za łopatką ten postrzał zdradliwy...
— To wam jeszcze dość szczęśliwie uszło...
— Nie był to mój dzień śmierci, ale kto wie czy mi go ów nie przybliży. Czuję tę kolkę wsze jak ostry nacisk krzemienia, a kiedy się na słotę zanosi, to mie tak drze, że miejsca se nie mogę należć...
— Ścieśniła sie puszcza, od kiedy oni tu weszli — mruczał stary myśliwiec, liżąc łapę swą, w której najdował słodkość między pazdurami, z niedawnego miodobrania poostałą.
— Hej, niedźwiedź musi kryć sie po gąszczach cienistych jak podły wilk. Słychane to? Umm?
— Już na milę wokół ich osiedla ula po lesie nie uświadczy. Wnet wywąchają resztą.
— Widziałech ich — rozpowiadał młodszy — jak wyrzynali ul jeden. Sposoby oni mają niepojęte. Patrzyłech na to z gąszcza i byłbych im karki z ochotą pokręcił, ale ten czarny nosi kij ostry przy sobie...
— Ten najgorszy. Nieraz pędzi po lesie, jakby go sto wilków gnało — i źle mu wtedy zajść na oczy.
— Człowiek... — mruknął w zadumie najstarszy, po czym jął prawić w odstępach dychawicy: — Pyszni sie, iże na zadnie łapy wstał...
— Wielka sztuka. To i niedźwiedź potrafi — wtrącił młodszy i uniósł się na łapach.
— Rzecz wezwyczajenia. A doszło, baczę, uszu mych podanie z dziadów starych, kiech jeszcze niedźwiadkiem był, jako człowiek krył sie tchórzliwie w jaskiniach, sierścią miękką okryty, i na śterech łapach chadzał, według przykazań Wielkiego Niedźwiedzia (tu łeb swój skłonił, za nim wszyscy). Dziś on praw stworzenia nie uznaje, władcą sie nad wszystkim mieni...
— I komu tu być władcą? — przerwał żywszy. — Czy szlachetność jego udziałem? Czy może dostojność lub siła?... A żołądek jego wstrętny może sie równać z czystym żołądkiem niedźwiedzia? My liźniemy nieco miodu, zarwiemy borówek — ot, aby sie nazywało życie — i to ino latem — a zimą długą nic — snem sie jedynie krzepiąc. A on wszystko je,
co podpadnie — i trawy, i zielska, i owce, i kozły, i ptaki, i co ino las ma — wszystko chłonie.
— Temu zawładnął — orzekł stary — że nie przebiera...
— Umm — jakbych go tak pięścią... — mruknął któryś.
— No, no... Dożyjesz ty — ja bo już nie — że cie jeszcze za nozdrza powlecze. Z nim wszystkie moce trzymają, złe i dobre. Świat stworzenia opuszczony. Zima wieczna uśpiła boga na wieki. Wielki Niedźwiedź śpi...
Wstrząsły się skóry na słuchaczach, pospuszczali łby ku ziemi — i jęli się w milczeniu rozchodzić, ostawiając chorzejącego w półdrzemce.
Podobnie smętnie kończyły się te posiady i bywały nie co dzień, o zmierzchu; większą częścią dnia chory ostawał sam; cnęło mu się okrutnie, bo dotąd, ile lat spamiętał, przepędzał je w zajęciach rozrywających, a teraz skazany był na uwięź w kniei. Żeby choć sen ciężki stracił go na czas chorzenia, jak zimą — i to nie, co najwyżej drzemka go przysiadała, ale ta nie przynosiła ulgi kościom, przeciwnie, budził się jakby kijem sprany.
Czasem w tej drzemce nachodziły go zdajania: zwidywały mu się krwawe oczy wilka, patrzące łakomie spoza pni, to cień groźny człowieka mierzącego weń grotem... Zrywał się i długo drżał we skórze, nim zbadał wreszcie, że to przewidy snu. Opędzał się więc drzemce łapami jak muchom — wolał już ziewać i nudzić się.
Zauważył, że dumanie przepłasza lęgnie nudy. Zajęło go to i począł dumać. Miał czas. Naprzód jął