przywodzić na pamięć, co mu się w życiu zdarzyło. Nie było żadnych zdarzeń, prócz tego jedynego, które go oto powaliło; a zresztą nic — tak jak by było i nie było. Jeden trop przez całe życie. Uu!... znowu go nuda jęła ubezwładniać. Broniąc się jej przylegowi, począł sobie wspominać wyprawy po miodne plastry, wspinanie się mozolne po hrubych pniach, dalekie na kraj puszczy do sadyb ludzkich wędrówki, wszystkie wycieczki udałe i nieudałe, zachody trudne, podstępy — i widział, że rozmaite ono było to życie, choć tak przez oddal zeszarzało, jak wyleniała skóra na jesieni.
— Po co to wszystko — dumał — jeśli niechybnie przyjdzie czas, kiedy niedźwiedź ruszyć sie nie zdole i pewnego krwawego świtania już łba do słonka nie podźwignie. Spadnie na niego wielki sen i koniec. Już sie na wiesnę nie obudzi. Wilki i sępy rozniesą jego zwłok.
Wzdrygnął się w skórze — zbaczyły mu się ślepia wilka łakome, wyczekujące. Aby ujść sępich myśli, które roztwierały przed nim nieominiony, gnijący dół, tym radziej wracał pamięcią w minione. Ze zdziwieniem zauważał, że pamięta więcej, niż życie mu zakarbowało jako blizny niepowodzeń lub znaki pomyślnych zwąchań. Pamięta owo zgoła obojętne rzeczy lub dalekie jak ślad ostatni puszczy i jeszcze dalsze. Czując w osłabieniu bliskość końca, nie mógł przeznać początku swojego. Jak by od wieków był. Cóż mogło być przed nim? Nic.
Gdy promienie południa przebijały cień kniei, zwlekał się z wysiłkiem z posłania, wyłaził na otwartsze miejsce i leżąc w słońcu, łeb złożywszy na
podścieli łap, patrzał szparami znużonych ócz na zmętniałe barwy lasu... Wdumował się w zamierzchłe sprawy — słuchał szumiącej rzeki czasu, która przelewając się przez bramę odemknionej myśleniem pamięci, wynosiła mu w mętach swych na oczy obrazy zginionych dziejów. Przypominał: pożary jakieś straszne — słońca krwawe — lici okrutne wód zdzierające ziem do gruntu — jeziora namulisk błotnych — lasy olbrzymie paproci i skrzypów wysokosiężnych — potwory latające po powietrzu — wstrząsy przeraźne ziemi — morze przez rozpad gór z hukiem wpadające, zatapiające doliny, zamulające lasy jak trawy łąk, wnikające falami w najskrytsze mroki jaskiń...
To wszystko jakby sam strachem oglądał. Wonczas to Wielki Niedźwiedź ulutował się doli swych ziemskich potomków, wybawił ich z potopu, własną sierścią osuszając wilgotne pagóry — przed spieką słońca zachronił ich cieniem wywołanych ze ziemi drzew puszczy — zesłał roje owadzie, aby im wyrabiały karmę słodką, jaką On sam spożywa, i zdał im, małym niedźwiedziom, władę nad leśnym stworzeniem. Nastał spokój i mogłoby tak być do skończenia: gdyby nie on — władca obszarów bezleśnych... Wdarł się w puszczę i zmącił porządek praw.
Gdy tak se różnie dumał w samotności swej niedźwiedź chorzejący, patrząc domierającym wejrzeniem w coraz to więcej mętniejącą tęsknotę lasu, ponad nim w ostrysie skalistym podobnie wygrzewał się w promieniach słońca stary lis, założyciel jamnego w tej stronie osiedla. — Ów ze starości siły stradał i słonku jeno zawdzięczał swoje bytowanie.
Zawdy koło południa kazał się wywodzić z jamy i leżąc na podścieli z mchu lub piaru miękkiego do śródwieczerz, grzał się na wszystkie boki. Samotności nie uczuwał, bo go lisięta obłaziły i figlując ze sobą, tarzały się przy nim na przyjamiu. Gdy nie drzemał i gdy dzień był rześki, że leniwości sennej w kościach nie czuł, dawał im różne nauki praktyczne, z doświadczeń długiego życia wyniesione: — jak podchodzić ptaki, na ziemi lub przyziemnych gałęziach siedzące; jak polować w pojedynkę lub we dwóch; jak stawać na stanowiskach; jak zachodzić, aby dźwierz nie wymknął z paści; jak zajączki łapać, zwłaszcza stare, mądre kluczkowniki; jak wywabiać z jam tłuste świstaki; jak sarny młode doganiać — i wreszcie cud polowania (na co już trza wytrawnego lisa): jak orła podstępem chwycić.
— Widzisz, jak kołuje w górze — wysuwasz się na polankę, coby cię mógł zejrzeć — padasz w pierwsze zagłębienie na grzbiet i udajesz śmierć (o — tak — pokazał lisiętom). Oreł coraz zmniejsza koła — opuszcza się nieznacznie. Dajesz baczenie szparami przywartych oczu na każdy jego ruch. Łapy, jak do służenia złożone na piersi, w pogotowiu. Ciemna gałąź ptaka zawisła w górze prosto nad tobą... Teraz bacz — za moment strzałą na cię spadnie. W tym krótkim momencie musisz obrachować wszystko: — wysokość przestrzeni dzielącej, czas spadu i napięcie swych sił. Skrzydła ściąga... waruj!... za parę mgnień naprawdę śmierć spaść może na cię. Chodzi o to, aby w tym przedmgnieniu, nim spadnie, odsadzić się łapami zadnimi i gdy zaryje dzióbem w ziemię, nakryć go okrągłym
łukiem... O — tak — pokazywał, ale siły mu nie dopisywały.
Lisięta, zachwycone, jęły z zapałem naśladować i ćwiczyły się dniami całymi w bohaterskim chwycie, póki ich co innego znowu nie zajęło.
Stary lis patrzył na baraszkujące i widokiem młodego zapału osładzał sobie dni długie cale pogodnej starości.
Żywot miał godny, bowiem, wdzięczne za naukę dzieci, znosiły mu lisice jadła w bród, i to przysmaki same: świstacze boki, grzbiety zajączków młodych, znachodzone po rysiach udźce sarnie, skrzydła cietrzewi, tłuste kuropatwy... Zgrzytając zetlałymi zębami na kruchych kosteczkach, stary lis ożywiał się. Przypominały mu się chwile dawne, gdy sam swoim przemysłem żywił rodzinę liczną; owe doły przydrożne, w które składał ułowioną żywinę, aby w ziemi rdzawistej skruszała, i owe składy sąsiadów, które podstępem wynajdywał. Nakradł się dość w życiu całym, nie żal umierać.
Sumienie miał spokojne, jak to południe lipcowe.
Miał jeno jeden niespokój, który mu zatruwał pogodę reszty dni. Nikt nie jest całkiem szczęśliwy — pocieszał się.
Dokuczała mu wiewiórka złośliwa, która w pobliżu miała gniazdo. Co dzień, gdy właśnie najrozkoszniej drzemał, zlatywała na gałąź drzewa tuż ponad nim, puszczała mu szyszki na łeb, pluła na jego siwy włos i różne czyniła mu psoty. Zrazu warczał, podskakiwał do góry, lecz widząc, że to ją jeno rozbawia, nie straszy, uzbroił się w cierpliwość i pogardą przyjmował wszystkie jej napaści. Nie zwracał