Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - dziedziczenie przez pasierbicę
Prawo dla każdego - oświadczenie woli na wypadek śmierc
Prawo dla każdego - Skutki separacji
przedszkola łódź chojny
praca maturalna - motyw buntu na 20pkt

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
na nią uwagi, jakby jej zgoła nie widział. Ale trawił się wewnętrzną złością, tym większą, iż bezsilną. Klątwy przelatującego ptactwa, jakie spadały na jego łeb sędziwy, choć ostre i kłujące jak żądła ós, niczym były prawie wobec tych codziennych zniewag. „Siwy! łysy! łysopol!” — spadało mu z góry na łeb wraz ze szyszką lub łupiną orzecha. Wnętrzności mu się przewracały z pasji tamowanej. Upatrywał jeno pilnie, czy na ziemię nie zeskoczy. Parę razy, rozbawiona, sfurgnęła na dół i zatańczyła mu prawie pod nosem, lecz nim się zerwał, już była na drzewie, szydząca z jego niedołęstwa. Czuł wyraźnie, że mu to stworzenie podłe, jak ją stale mianował, śmierci niechybnie przybliży.
— Po co to żyje? Na co? I jeszcze po drzewach skacze. Żeby choć po ziemi... Szyszki je. Co to za wstrętne życie. Nie ma odraźniejszego stworzenia.
Dumał już przenieść się, założyć inne osiedle, ale na to trza być młodym. Jedyną miał w tej przykrości pociechę, że przemyśliwał wciąż, jaki by lisiętom młodym dać sposób, aby zdolne były łowić wiewiórki na drzewach. I tak lis na starość ku śmierci przestał myśleć praktycznie.
Poza tymi, za płot zabiegów dnia starością lub chorością usuniętymi, życie w całej puszczy wrzało, bez myśli jakoby, a z mądrością wyższą od dumanej, utajoną w krwi stworzenia, jako też w żywicy drzew i sokach roślin. Każde dążyło za wskazem nieomylnego instynktu i poddawało się ufnie pociągom wnętrznego pędu, który jak strzała boża przenika wszystko żywoistne i do jedności sprowadza.
Każdy dzień, rozdźwięczający głębie puszczy, był
cudem zestroju; w harmonii swej łączył przedziwnie krzyki konania z okrzykami rostu; a nawet odgłosy tryumfalne życia wynikały wielekroć z jęku śmierci, podobnie jak krzyk płomienia wytryska z żałosnych skwierczeń spalanego drzewa. I o wiele wyżej wybrzmiewały radosne oznajmy bytu niż wieści jękliwe skonów. Przeto wydawać się mogło (człowiekowi, którego uszy niewiele mogą przejmować), iż puszcza gra jedynie niezmienny hymn życia...
Było słoneczne śródpołuń.
Po rannych okrzykach mocy i wydzwonionych na cześć słońca pieśniach przytychło nieco mnogie życie puszczy. Ale tętniło słyszalnie w jej wnętrznych zapadach; tak po zgaśnięciu huku-wodospadu, który połknęła głąb ziemi, dosłuchać łacwie dadzą się odgłosy podskalnych, głuchych nurtowań.
Wszystko żywne, co w nocy trudziło się łowem, spało teraz, w jamach swych i w cieniach pokryte. Insze zaś, które brzask świtu rozbudza, po odtańczeniu i odśpiewaniu porannych pozdrowień czyniło dzienne sprawy swoje za pędem krwi i wiedzą mądrą instynktu. — Jedynie gazdowie kniei, niedźwiedzie, jako i zbójowate wilki, którym zarówno noc jak i dzień jednako służą, plątały się po lasach bez wyraźnego zajęcia; mając jednak na uwadze bliskie osiedle człowieka, wolały snuć się zacienionymi gąszczami, gdzie wzrok, jako też krok ludzki niełatwo mógł się przedostać, i jeno z konieczności przechodu przez leśne przerzedzia pojawiały się na oczach słońca.
Na polanki trawiaste, jeszcze z kąpieli rośnej nie obeschłe, wyszły się paść stada sarn, o tym czasie najbezpieczniej na otwartych miejscach się czujące, gdy prześladowce ich, rysie, drzemią w cieniach gałęzi. Pasły się oddzielnymi, różnie licznymi gromadkami, z których każda obejmowała familię, poczuciem jednej krwi związaną, znoszącą wspólnie trudy i uciechy życia. Nad każdą familią swoją czuwał rogacz, na najbliższym wzniesieniu lub kopcu stojący. Bezpiecznie pod strażą jego doświadczenia pasły się w pobliżu siutki i młode sarnięta; jedynie z przywyku wćwiczonej strachem postrożności strzygły żłobkami uszu w jego stronę i zaruwając rośną trawę, pozierały od czasu do czasu ufnymi oczyma na jego dumnie wzniesioną, strojną w złociste latorośle głowę. Gdy dwóch, wartujących najbliższe familie, zeszło się na jednej strażnicy, tedy, czując się jakby w większej bezpieczności, zabawiali się pozorem walki: to kopiąc darnie ratkami, jakby grób przeciwnikowi, to szermując się swawolnie rogami. Nieraz z tych szermowań lekkich, gdy któryś nadto gorąco nacierał, przychodziło i do ostrych starć. Pobódłszy się naprawdę, rozskakiwali się w gniewie i familie ich, w imię solidarności rodzinnej, oddalały się również od siebie.
Jednak te szermierki na strażnicach, gdy się zdarzały, nie przesłaniały obowiązku warty; w momentach największego zajęcia się z pozoru walką stawali nagle obaj nieruchomo, nasłuchując, czy co wrogiego familiom z cienia lasu nie grozi; i czynili to w przestankach częstszych.
Czasem trafiło się, zdyszanego zmęczeniem zapa-
śnym zwodziło serce, gdy przystanął... „Duch— duch—duch—duch...” Jakby co przez las waliło. W mgnieniu, nim się zdołał zastanowić, wydawał hasło ucieczki i familia w popłochu wpadała w las, pociągając za sobą strachem insze. Pomyłka się wydawała, gdy strach minął, lecz to sławy rogaczowi nie ujmowało. „Zawdy lepiej być nadto postrożnym niż za mało” — było już w elementarzu wykładanym na przykładach przez stare siutki sarniętom.
W uboczach wyżnich, schylonych do słońca, pasły się nie opodal swych jamek świstaki, równie pod czujem bezpiecznym strażników, którzy, stając na zadnich łapkach na bądź głazie lub pniaku, dawali baczność uważną na każdy szmer nieprzyjazny; gdy którego coś zniepokoiło, wydawał gwizd ostrzegawczy i wtedy całe stadko w mgnieniu zapadało w ziemię — by za chwilę wyjść znowu na paszę.
Pogłos ptactwa różnego, tłumiony rozdalami i głębinami puszczy, dobywał się nieprzeliczonymi tony przez okna lesistych sklepień. Było w nim wszystko, co dźwięk może sprawiać: — i dzwonienia wysokie, i pogwizdy jakby ludzkie, i cieńkania monotonne, i stuchlikania namiętne, i rzępolenia ubogie, jakby na jednej wciąż strunie, i melodie rozwodne, to urywane co chwila i zaczynane na nowo, to piłowania uporczywe, jak by kto piłką najcieńszą metal dźwięczny przerzynał, wreszcie najrozmaitsze, których ucho spamiętać niezdolne.
Wiecznie zajęte miłością gołębie gruchały koło gniazd swoich w skalnych przywierzchnich gronikach i w koronach wysoko wzniesionych jodeł.
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl