Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - Polecenie
Prawo dla każdego - Zwolnienie w trakcie wypowiedzenia
Prawo dla każdego - pobyt stały
Strony Internetowe Katowice Tworzenie Stron Internetowych Strony Internetowe Kato
opracowanie motyw młodości w literaturze na egzamin ustny

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
Kowale lasu, dzięcioły, o stroju przeróżnie barwnym, to zielone całe, to czarne w czerwonych czepcach, wędrowały ślebodnie po pniach stojących sucharów i kuły mozolnie swymi twardymi dzioby, niby młotkami kamiennymi, w drzewo, wywabiając z wnętrza butwi zjedź najrozmaitszą; postuk ich drewniany, tępy, odbijał się dziwnie obco od dźwięcznych z głębi donosów.
Grzywacze hałasowały w gąszczach, naśladując nieumiejętnie zapamiętane urywki z głośnego prześpiewu drozdów, które już dawno pomilkły.
Rozchylami drzew przemykały zasię ze świstem piór, niby strzały śmiercionośne, zbójce-jastrzębie, w uganianiu za upatrzoną zdobyczą. Leciały za nimi klątwy śmiałe tych, którym dzieci poginęły, a przed szumem ich skrzydeł zrywały się krzyki przerażenia w popłochu w gęstwie zmykających.
Niezmordowanie po wszystkich drzewach bez wybioru, po pniach zbutwiałych, konarach, po kłodach leżących, sękach, uwijało się mnóstwo sikor maleńkich, szepolących nieustannie do siebie jakąś mową najwyższą, jakimiś nitkami dźwięków, z tamtej strony już zwyczajnego ucha.
Bezwietrzne powietrze wisiało nad sparnią lasów. Szara opyl słońca przedpołudniowego kładła się prochem na liściach buczyny i opajęczała iglaste gałęzie, wysuszając z ich gęstwi wilgoć poostałą z rosy nocnej.
Pogoda jasna przenikała wszystko: powietrze, stworzenie, drzewa. Nawet to, które co dopiero wymknęło się spod paści łowu, już zapomina o tym i wraca się uciesze istnienia. I nie szła ta pogoda
od słońca, jak by się zdać mogło, choć ono ją wzmagało, wzmagając życie, lecz od wnętrza stworzenia, od krwi, soków: od ducha wszystkich rzeczy. Promienie odwieczne przenikały wszystko — tony rozliczne harmonii jednej. I nic nie potrzeba było z zewnątrz. Życie samo sobie żyło. Pogoda była w nim jak barwy-uśmiechy w kwiatach.
Było tak — jak by Bóg zostawił wszystko na samopas, zaufany w mądrość odwieczną rzeczy, przez wieki stróżowania na początku z Niego w nie wnikłą, iż się nie stanie nic błędnego, nic się nie wykolei — a sam poszedł odpocząć na cichej łące zaświatu.
Słońce wyniosło się w górę; cienie drzew — wskazówki czasu — skróciły się znacznie.
Doliny jęły się mglić.
W puszczy z wolna ciszyło się życie; wszelka żywina, dziełająca coś ze spraw stworzenia, zaprzestawała gwaru i stukotu i popadała w nieme zleniwienie, jak by ją spar słoneczny, mżący z powietrza, usypiał.
Ustały łowy i inne wzruszenia krwi.
Naprzódy ptaki pomilkły, gdzie bądź na gałęziach drzemką ukołysane. Potem zwierzyna, pasąca się w rozrzedziach na słońcu, jęła uchodzić pod zachrony cienia i potraciła się wkrótce po gąszczach, skąd szmer nawet nie dawał oznajmu o niej. Do reszty wałęsające się w różnych zamiarach po stronach, niemocą przyniewolone, poległo, gdzie je senne mżenie naszło — i było o tej chwili, jak by wszechmocny kto życie wmiótł w zapady puszczy.
Bezwietrze parne spadło na lasy, na polanki — drzewa zanieruchomiały — ni jeden liść się nie poruszył. Wszystko uczciło odpoczynkiem nadchodzące w znużeniu z daleka, z gościńców upalnych słońca, okryte białym pyłem — święte Południe...
Wówczas zjawiła się w puszczy — niewiada, z jakiego uroczyska wstała — niema, a pełna nieopowiedzianego wyrazu, Cisza...
Postać jej smukła, w szacie z pyłu barwnego utkanej, mieniącej się co chwila, głęboko zielonej, to fioletowej w cieniu, a zaś szarzejącej świetliście we słońcu, przesuwa się wśród drzew — zda się niekiedy: przenika przez głębie leśne — niby zestępujące na ziemię z okien wysokich sklepienia pasmo związanych promieni wędrującego ponad puszczą słońca.
Oto weszła w wysokopienny las... Stańmy za pniem w bezruchu — wstrzymajmy oddech, by jej nie spłoszyć, trwożliwej. Nadchodzi...
Oczy jej rozszerzone, tajemnicze jak dwa jeziorka, w których dna nie dojrzeć, patrzą przed siebie nieruchomie wyrazem nieodgadnionym. Jestli to pytanie nieme — czy oczekiwanie niepewne — czy trwoga?... Usta półrozchylone, jak owoc pęknięty granatu — nigdy nie zadrgane głosem. Włosy dwiema kosami złocistymi spływają po ramionach.
Dłoń prawą wspartą ma na grzbiecie wysmukłej łani, która, pobok niej postępując, równie oczyma wielkimi, jak pani jej, patrzy przed siebie w głąb leśną.
Chód ich najlżejszego szmeru nie czyni. Stopy różowe Ciszy prawie nie dotykają ziemi, ledwie że
mech muskają, nie strącając z niego pyłu nasion, a zaś łania podnosi uważnie każdą nóżkę i stawia ją przewidująco, ostrożnie, by nie złamać najcieńszej gałązki.
Postępują bardzo wolno. Niekiedy Cisza zatrzymuje się koło pnia i nasłuchuje: dochodzi ją tętno głębi leśnej, czy drżenie naszych serc. Łania wtedy zwraca powoli ku pani swej przedziwnie piękną swą główkę i podnosi ku jej twarzy wielkie, pytające oczy, jak głębiny dwóch stawków w zacieniu.
Przechodzą mimo... Wzruszenie przejmuje serce — święte uczucie bliskości cudu... Oddalają się... Jakiż żal!
Jeszcze z daleka wyjawiają się spoza drzew na oczy. Gdy staną w świetle, Cisza wydaje się jak biała smuga, a łania przy niej jak płomień. To znowu, za cień zaszedłszy, gasną obie...
Tak przechodząc z lasu do lasu, z doliny w dolinę, przewędrowała Cisza puszczy sporo. Widziana tu i tam, zdawała się być wszędy obecną.
Wyszła na koniec na polankę z łanią swą nieodstępną. Zatrzymała się przy kraju i jakby strwożona przestrzenią otwartą, zdawała się namyślać: czy iść, czy się cofnąć. Wtem oczy jej się rozjaśniły — posłyszała muzykę swoją ulubioną.
Tysiące ós, pszczół i trzmieli grały na kwiatach polanki — miliony drobnych muszek, jak pył złoty unoszących się w powietrzu, rzępoliły najcieńsze melodie.
Jedyna to muzyka, która jej nie rani. I tylko dla jej uszu dostępne są te przesubtelne tony.
Zasłuchała się Cisza...
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl