Nagle — przedarł ścianą puszczy ostry dźwięk rogu...
W te razy Cisza — jakby w serce ugodzona pociskiem — drgnęła ciałem, w oczach jej stanął śmiertelny strach — mgnienie jedno — i z łanią w gęstwi przepadła...
Pobudził się las...
Zerwały się pytania spieszne:
— Co to? kto to?
— Pro-kop! — padła skądś odpowiedź trwożna i leciała po ziemi, po drzewach, podawana przez zbudzone dalej.
Wnet cała puszcza rozdźwiękła tym jednym groźnym imieniem:
— Prokop! Prokop!
Zamąciły się popłochem doliny — zaszumiały podlotem ptaków ubocze.
Wszystko, co żywe, zerwało się z miejsc spoczynku i rzuca się przed siebie na oślep, obłędem strachu ciskane. — Ptactwo z krzykiem unosi się w powietrze, a które gniazda ma na drzewach, krąży koło nich w trwodze. — Co w ziemi ma schronisko, czym prędzej zmyka do nor.
A zasię insze, z musu na ziemi ostałe, nozdrzami pyta się powietrza, skąd zły wiatr idzie... Nietrudno wymiarkować. Bo choć dźwięk rogu, o ubocze w echa rozbijany, grający ze wszystkich stron, może łacwo zestrachane zmylić, jako i doszczek psów straszący pobłąkane zewsząd, to insze wieści, coraz gęściej nadlatujące, wskazują dowodnie stronę wroga. Z tej bowiem strony, z zachodu, nadpływają w ucieczce coraz tłumniejsze chmary żywiny strwo-
żonej i owieszczają, wzrosłą strachem, potęgą nacierającego. Strach i groza przydają mu szeroko roztoczone skrzydła, którymi, jakby olbrzymim półkolem, obejmuje las i wszystko, co nimi zajmie, uśmierca.
Toteż na milą wszerz i więcej wszystko przed nim ucieka. Nawet to, co ma schrony w ziemi, słysząc z bliska róg śmierci, niepewne bezpieczności, opuszcza osiedla i dąży w skok za inszym.
Milczkiem mkną lisy przez potóczki, wyrwy i wgłębienia. — Wilki uchodzą cieniami, rachujące się po oczach i nie czujące się w sile przyostać. — Sarny przebiegają stadami, w skok przesadzając zawady podrożne, jakby kto knutle przez kłody przerzucał. — Jako prześmigi płomieni, ciskają się łukami jelenie. — Niedźwiedź, który się znalazł w lej stronie, za miodem myszkujący, bez namysłu zawraca i siepie się po łomach, dodając hałasem strachu umykającej żywinie.
Cała puszcza, widziało się, ruszyła z miejsca w popłochu...
A Prokop, Piorunowi gniewnemu podobien, gna przez las zapamiętale. Z włosami podanymi w powietrze — z płomieniem w oczach i w czole — z oszczepem w mocnej dłoni, zamierzonej zza pieca do rzutu — z rogiem zwieszonym na sznurze ż ramienia... na nogach żylastych, dudniących jako spiż po ziemi, pędzi przed się, nie bacząc: łomy, wertepy czy gęstwie — w najgęstsze splecia ciska się jak w kąpiel chłodną — przepływa w momencie wartkim, — i dalej pędzi bez wytchnienia...
Po boku niego, niby smoki czarne z ziejącym płomieniem pyskami, mało ziemi łapami tykając, suną psy rozeszczute...
Szczuje je, jeszcze co moment:
— Huź! huź!
Chrypną od ujadania i pieją już, ochrypłe, z przesiłku...
Wdziera się w puszczę łoskot — krzyk urywany rogu — wyśpiew najwyższy psów. Do najdalszych zalatuje głębin.
Nie mogą przemóc się, by nie wziąć udziału w otrąbionych łowach, w leśnych zapadach utajone Duchy-Myśliwce. Zbiegają się na apel przejmujący rogu i porwane siłą rozpędu, gnają powietrzem, przychylone czołem, z łukami napiętymi — z Prokopem w parze, pobok lub ponad nim — niby smyńce oderwane wichru, którym zdaje się być on sam, oszalały... Wściekłość jego udziela się bogom — zda się: nic nie ujdzie żywe... Do cna wybiją, zetną, co nie zdoła ujść za puszczy krańce!
Lecz on, krwią oczu ślepy, nie widzi zgoła zwierzyny, która mu spod stóp umyka. Na nic nie zwraca uwagi — jeno krwawnikami ócz wpatrzony przed się, pędzi bez odetchnienia... Jakby gnał upatrzonego zwierza — wizję obłędu swego...
Szczuje co moment psami:
— Huź! huź!
Mijają w pędzie dolinę jedną — drugą... Duchy-Myśliwce nie mogą już nadążyć — przyostają. Psy z nimi. A Prokop szałem wrzyna się w bór...
Słyszy chichot za sobą leśnych złych duchów.
Tłumi je łoskotem pędu i szczuje już, nie widząc psów, powietrze samo: — Huź! huź!
Słyszał niedźwiedź chorzejący hasła przeraźne rogu... Widział uciekającą żywinę — nie miał jednak siły zwlec się do kniei swej z miejsca, na które wyszedł o śródpołuń grzać się na słońcu i dumać. Sądził w lenistwie chorości, że go najazd śmiertelny wyminie. Puszcza szeroka...
Lecz tędy właśnie z wnętrza boru wiódł szał obłędny Prokopa...
Niedźwiedź, usłyszawszy trzask łomów w pobliżu i ujrzawszy z nagła z lasu wychynioną postać, całym wysiłkiem dźwignął się i stanął na łapach zadnich — wielki w ogromie swoim, groźny...
Prokop przez krew ócz ujrzał go — wysoki cień... Zdało mu się, że człowiek stanął mu naprzeciw.
Z zamachem wbił ostrze grotu do włochatej piersi. Bluznęła krew — i niedźwiedź zwalił się mu do stóp. Oczy mu zaszły pomroką — skonał. Dusza poszła na łono Wielkiego Niedźwiedzia.
Prokop ujrzał teraz dopiero wyraźnie niedźwiedzi zwłok na ziemi i wstrząsł się cały lękiem.
— Duchu nieodstępny! — zerwał się krzyk w jego sercu. — Czemu mi wciąż wskazujesz pierś brata odkrytą?... Zwierza! krwi!
Wyrwał z piersi niedźwiedzia oszczep, krwią dymiący, i runął w las...
Za nim zerwał się jakby szum duchów szczujących... Słyszał zewsząd krzyczane w uszy: