Zapraszamy do lektury! inteligencja test iq
lavera
Rożnorodne formy nauki dla dzieciaków
praca maturalna - motyw dziecka na 20pkt
prezentacja maturalna - motyw dworku szlacheckiego na 20pkt

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
— Huź! huź!
— Kto puszczę tą wściekł?!... Kto za mną?... Kto przeciw mnie?... Nie widzę wroga...
Rzucał się jakby wichrem wewnętrznym miotany — gonił, ścigał, dopędzał, to znów uciekał przed sobą — przesadzał rozpady głębokie — ciskał się ślepy na przepaście — tłukł ciałem nieczującym
o pnie — i gnał —— aż ujrzawszy się na łączce,
padł domęczony płomieniem twarzy w chłód trawy. Obejmując wilgoć kojącą ziemi ramionami, jęknął z głębi gorejącej piersi:
— Pochłoń mię! ziemio! ziemio!
V
 
POŁUDNICE

Gorący rozwinął się dzień nad lipcem puszczy. Już w ranny czas słońce tak przypiekało, jak kiedy indziej o południu.
Jewka była z owcami w limierzach u północnego spadu wyźnich wierchów, których bukowa ubocz, nie spalona przez słońce, tyszyła nieco żar powietrzny niby pobliska wilgoć wód jeziornych.
Wyniesła się tu z owcami z doliny za pasterskim swym rozumem, bowiem lesiste kopieńce limierzy dawały cienia dość, a nierzadkie tu polanki i przerzedzia trawiaste mogły napaść owce — rozumiała — nim je skwar południa zesłabi.
Owce jednak, mimo że trawy było pod dostatkiem, nie miały woli się paść, jeno zbijając się w ławę, tutki po ziemi włóczyły i uciekały z odsłonionych przerzedzi w cienie lasu. Przeganiała je z jednej polanki na drugą w myśli, że się rozpasą i ustanowią, lecz daremnym był jej zachód: tyle ino, że z jednego cienia wpadały w drugi i coraz trudniej było ławę ich zbitą wyważyć. Nie mógł poradzić z nimi i pies-owczarz, który jej w tym mozole próżnym dospomagał; i on też zresztą, w gorącu długiej
wełny, przypadał coraz częściej do ziemi, ziając płomieniem ozora.
Ćma much wielkookich, niewiada czemu nazwanych w gwarze ślepciami, i dużych bąków krwiopijnych atakowała żywinę, budząc w niej drżenie i popłoch samym już dąsem muzyki, w graniu wysokim mszyc, niby bzykania basu w nucie skrzypiec, z daleka rozpoznawanej.
Nie dziw, że owce uciekały w cień i zbite w ławę chroniły w wilgoć traw bezwłose nozdrza przed atakiem zajadłej howiedzi; które były strzyżone niedawno, chłodniej się czuły w skórze miękkowełnej, lecz za to więcej bezochronne wobec łakomych na krew ssawców; jedyną ich obroną było wstrząsanie trwożne skórą przed rojem napastliwym.
Jewka, widząc, że owiec skrony wstającego gorąca nie rozpasie, litując się wreszcie ich doli, ostawiła je w cieniu kerdelem zbitym stojące i dała sobie święto.
Naprzódy siadła na pniu i wypoczęła. Pies u jej stóp, równie domęczony, ziajał. Potem zaczęła obmyśliwać, jak zużyć ten czas najlepiej. Ma go dużo przed sobą. Pojrzała na słońce: dopiero stanęło na śródpołuń. Gorąco nie ustąpi, aż się słonko na śródwieczerz zniży.
— Cały dzień prawie. Co tu robić? Żeby Daniel był bliżej z wołami... Nie słychać go. Pewnie na stronie drugiej pasie.
Jęły jej przychodzić na myśl ciekawości różne, którym przy zwykłym paszeniu nie mogła dłużej uwagi poświęcać.
Hań w uboczy jest skalista grań. Rośnie na niej
paproć jadalna. Widziała ją, gdy raz schodziła po tej skale za odstrychnionymi z kerdelu owcami. Nie miała czasu wtedy. Bała się o owce, by się nie roztraciły. Teraz można by dojść. Trochę jeno trudu. Korzenie słodkie — czuje już ich smak.
— Żeby jeno na jaką żmilę nie nastąpić. Teraz słonko dopieka — wyłażą spod skał, grzeją sie. A w trawie zauważyć trudno. Do tego... te korzenie — nie takie znowu smaki. Przykro słodkie i nie dziwne jej. Co ich sie już nassała przy paszeniu.
— Lepiej by żywicy nazbierać, naskiej, do gryzienia. Wnet by ją można zebrać, bo smreków tu dość. Wie nawet, gdzie sie na pewno najduje, bo widziała bulki złociste na paru pniach, gdy owce przeganiała. Niestara musi być, dałaby sie łacwo zagryźć (czyli rozmiękczyć zębami) i nim sczerwieniejąc stwardnie, zabawić może dość długi czas.
— Nie — pomyślała — niekoniecznie. Smoła mi nie dziwna. To dobre w czasie słoty i jak sie cnie. A teraz sie mi nie cnie przecie, ino tak jakoś... Jakby mi kto ołowiu gorącego zalał za plecy. Gorąc i w cieniu. Trza by ka do wody... Pić sie chce. Ej, czy też to nie w hańtym groniu jest agrest kolczaty?
Poczęła zbaczować w pamięci, gdzie go to naszła łońskiego lata.
— Istnie, że w tej uboczy, ino w górze, już prawie pod wierchem. Jakże smakował! Musi być na teraz źrały. Nieduży owoc, włosiaty i od słonka zrumieniony, a we środku miąższ słodki, pojący. Tak muszą czyjeś usta smakować... Nie próbowała dotąd żadnych — czyichże by? Raz ino we śnie... Ale cóż to sen? Tak, jak by Sie marzyło. — Po ten agrest po-
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl