Zapraszamy do lektury! psychoterapeuta bydgoszcz
Prawo dla każdego - Umowa wzajemna
dzieci
Prawo dla każdego - Zakończenie umowy poręczenia
dobrze opracowany motyw wsi w literaturze na maturę

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
Niejedną głowicę wyniosłą przetnie miecz-błysk Pioruna na dwoje — niejedną twardą pierś drzewną otworzy krzemienny grot Swaroga do rdzenia — niejedno ramię gałęźne odetnie świszczącą strzałą wichrem pędzący Poświst... Lecz las, drzewieństwo, regimenty mnogie, poostaną. Przeto spokój był w kolumnach wiekowych jedlic.
W ciszynach. Bo już przywierzchnimi drzewami wiater chwiał i rozpędzony, żlobiskami roztok spadał aż ku wodzie, gdzie zwijał się zesłabły, wpadował bez tchu w rozdoły i gasł marnie.
Ale nie tylko na one drzewa, jako i zwierzynę leśną, postrach przeraźny padł.
Pod wodospadami w kołyskach pian pośnięte boginki, dowiewem wiatru i szumem nadciągających chmurzyc pobudzone, zrywały się z piskiem strachu, przemywały prędko szklane oczy, zwoływały się po imieniach i uciekały co pędu na młaki do swych podziemnych komnat.
Małe nagulce, topielczyki, po jazach i wykrotach ponad wirami swawolnie powieszane, zeskakiwały z hałaśnym pluskiem we wodę i chowały się w najciemniejsze głębie.
Z przerzedzonych palenic i otwartych polanek umykały w popłochu duchy leśne, zaszywały się w gęstwie, w ciszyny, i stawały koło pni jako cienie nieruchome, ani ich uznać było.
Burza potężniła się z chwilą każdą i rosła w grozę.
Płanetnicy mocą swoją ściągnęli chmury od Tater sponad Spiszu, od zachodniej Orawy, od Cieplic i z dalsza, pożyczyli od węgierskich swoich gamratów chmurzyska ciężkie, nasiąknięte mokrzacią z Dunaja, i zeprali je wszystkie w roztoki.
Chmurzyska w tej ciasnocie poczęły się trzeć o się, napierać i zderzać kołtuniastymi łubami, aże się ogień począł łyskać i warczenie coraz groźniejsze wstawało.
A dziwnie rozmaity, choć jednako przeraźny miały wygląd — raz czarne zniżały się, raz zaognione, raz ciężkie jak brzemiona, to znowu kosmate z boków, rozwichrzone. Groza od nich padała na ziemię, ścichłą już, zmiertwiałą w strachu.
Najwięcej jednak przerażenia słały te, które się na wierchach wsparły. Tam bowiem Płanetnicy, zasłonięci zewsząd, czynili w tajemnicy swoje dziwne sprawy. Tam doili mgły i ściągali deszcz do olbrzymich worów — tam urabiali grad, ścinając krople — tam wałkowali wełnę chmur, zbijając ją w gęsty płacht, jak wełnę owczą u folusza — i wiele rzeczy niepojętych.
A najstarszy z nich pracował na wierchu Turbacza. Był on jak baca u boga. Stamtąd też najgroźniejszy szedł naokół pomruk, tym gniewliwszy, jak co nie po myśli szło w onych tajnych sprawach.
Zlękłe jak czeladź słuchały go wierchy. Z każdego odpowieści szły — pomruki gęste — straszne słowa tajemnej, płanetniczej gwary.
Każdy wierch był kuźnią czarną, gdzie swawolną pracą Płanetników gotowiły się groty-klęski, mające spaść z ręki boga na ziemię zmiertwiałą.
Słudzy Peruna, kołtuniaści, źli i kapryśni w swych dziełach, wysilali całą swą moc, aby w krótkich momentach przedburzy przysposobić wszystko, czego jeno gniew władcy zapragnie.
Po każdym wysileniu próbowali sprawności swych dziełań, jak kowal próbuje ostrza rąbanicy, którą odkuł.
Odbywała się ta praca tajemna w czeluściach chmur, które się ponad ziemią zwarły i uczyniły noc nieprzeniknioną. Naprzeciw ich czarności mrok puszczy szarym się widział.
Próby kapryśnych dziełaczy powtarzały się coraz niecierpliwiej — warczenia groźne — łyskania — pociski trzaskliwe — to jakoby walenie się rusztowań podniebnych. A wszystka ta zabawa strachem padała na ziemię.
Wreszcie pomroka puszczy zeszła się z czernią owisłych chmur i stała się jedna noc od ziemi do nieba, a ze środka tej nocy, jakoby z paszczy przeolbrzymiego potwora, wypadały łyśnięcia, niby srogie kły, to ogień wprost się z miedzianej gardzieli sypał, za czym trzask wyrywał się spod czarnych, olbrzymich stóp — zdajało się: stąpnięcie-gniew drzewa jako chrusty łamie — to rozlegał się ryk głuchy jakby stu ranionych turów, odbijał się o zbocza gór i toczył się aż na kraj puszczy w dudnieniu.
Od strasznych prób płanetniczych ziemia już naokół drżała.
Na odsłonięte polanki padały zasieki gradu, ścinając trawy bujne przy białym świetle łyskawic. To znów smyńce hrubego deszczu spływały z nawisłych brzemion, czyniąc po lesie szum straszący, gdy ryk na moment ustawał.
Nie dość jeszcze poważną widziała się ta burza strojona złośliwym sługom Peruna. Bali się gniewu władcy, gdy się zjawi.
Słali więc czym pilniej czeladź swą na wszystkie strony po nowy materiał do swych huczących kuźnic.
Waliły znowu chmurzyska, popędzane przez raźną, kosmatą czeladź biczami uprzędzionymi z niepotargalnych włosów wiatru, i pruły się przez gęstwię zbitą, rozpierając swym świeżym żywiołem wysilone już srodze, czarne, opadziste łona.
Poczęły się na wierchach nowe prace, gorączkowe, pilne. I o sto sroższe były próby tych dzieł. Pociski padały gdzie bądź, zgoła na oślep mierzone. Mgnienie trwające ich łyśnięcia objawiały się w różnych ukształceniach: to jako ostrza toporów, to jako łańcuchy z ognia, to jako zygzaki iskier, to wreszcie jak krzywizny drutów do żaru przepalonych.
Dziwnie się przy tym działo w grzmotowej głośnicy, w organach chmur jako w chórze piekielnym ustawionej — stary, głuchy Płanetnik kalikował, to często spaźniał pogłos gromu abo i zgoła pocisk rzucony prześlepiał. Nastawała w przerwach cisza i zamilk ponury, w którym słychać było tylko wrzenie w pracowniach tajemnych we wierchach i szum spadu wód w roztokach.
Przestanki ciszy zjawiały się coraz częściej i dłużej — widać kosmacze zajęci byli niezwykle, gotując w pośpiechu groty cięższe, godne dłoni potężnej Peruna.
Burza zdawała się nad lasem przytyszać.
Wtedy to zjawił się wysłaniec piorunnego boga, sam boski w sile Poświst.
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl