Zapraszamy do lektury! praca w ochronie
elektrotechnika
protetyka warszawa
radio
Leasing Leasing Leasing

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
szłaby, ale trud wielki, i kto wie czy sie opłaci, czy jest jaki owoc tego lata, czy już dojrzał i czy to akurat hań? Tak jej sie widzi, ale może to być z drugiej strony od słonka. Nawet prędzej tam, bo tu w cieniu by nie zeźrał — jak czernice: mróz je jesienny zwarzy, a golawe.
Gdy tak się bije z myślami, padła jej z góry sucha szyszka do stóp, wprost widać na głowę psa celowana. Że się prawie odchylił w momencie tym, kłapiąc zębami za dokuczną muchą, uszedł ciosu.
Jewka podniosła wzrok i ujrzała wysoko na smreku pobocznym wiewiórkę czarną, patrzącą na dół złośliwie, prawymi łapkami o pień i gałąź zahaczoną, gotową każdej chwili do przeskoku. Wyżej ponad nią coś się u śniatu gałęzi ciemniło. Wstała, by przeznać lepiej, i zobaczyła pod światło nieba, że to gniazdo wiewiórcze, splecione na kształt zwiniętego kłęba z chrustu drobnego i mchu.
Wiewiórka, jej śledzeniem zaniepokojona, podfurgnęła w górę i schowała się do gniazda; co chwila jednak wychylała z otworu łebek i pozierała w dół, już bezpieczna i ciekawością zjęta.
Jewka, rozbawiona tym wszystkim, poskoczyła, nie namyślając się, do pnia smreka i poczęła się po nim wspinać w górę; gałęzie miał od dołu, choć rzadkie, więc nietrudno jej było iść po nim. Za niedużą chwilę była już w połowie wysokości drzewa, a podnosząc się, miała wciąż na uwadze oczu otwór gniazda; cieszyła się już w duchu, że wiewiórkę w gnieździe tym ułapi; nie stało bowiem żadne blisko drzewo, na które mogłaby przeskoczyć.
Już naprzód układała se w myślach, co z nią zrobi.
Pobawi się i puści. Abo też przyniesie ją do domu i bedzie ją w komorze swej chować. Bedzie jej przynosić szyszki, orzechy leśne, o których wie w miejscu jednym, i tak jej bedzie dobrze, jak i w lesie. Głupia by była, żeby uciekała: ani nie wie, jaki ją starunek czeka. Zresztą którędyż ucieknie? Na dół po drzewie nie — a do góry, chybaby skrzydła miała.
— Siedź tam i czekaj — przykazywała jej, widząc, że coraz niespokojniej łebkiem kręci. — Nie bój sie. Nic ci sie nie stanie.
Lecz wiewiórka nie miała chęci czekać. Skoro Jewkę ujrzała już niedaleko, wychynęła ż gniazda, popluła na dół i pomknęła po pniu ku wierchowi.
— Jakie to stworzenie głupie — pogniewała się Jewka. — Myśli, że ją idę zabić czy co. Ale poczkaj, dojdę ja cię i tam. Już nie bedziesz miała ka uciec.
Minąwszy gniazdo wspinała się dalej z trudem, gałęzie bowiem gęstniały, pień ku wierchowi cieńknął. Smrek począł się kołysać pod jej ciężarem. W momencie pewnym spojrzała na dół na ziemię, i aż jej się w oczach świat zakręcił — taka się jej wysoczyzna zdała.
Pies, który już od dłuższej chwili śledził ją oczami zdziwionymi, a potem niespokojnymi, począł teraz obiegać wokoło pień i naszczekiwać trwożnie. Echa tych głoszeń, spotężnione, dolatywały z uboczy bliskiej, z doliny nawet i z dalszej głębi lasu do uszu jej przy wierzchołku smreka — i wydało się jej, że cała sfora psów ujada w puszczy: jakby Prokop polował.
Znalazła się na wysokości, że już trudno było wy-
żej iść. Wierch się pod nią uginał. A wiewiórka siedziała, przyczajona, na gałązce, o łokcie dwa nad jej głową. Jak ją tu dostać? Wzięła jeszcze na odwagę i posunęła się o jedno lato wyżej. Poczęła skradać się ręką ku wiewiórce. Gdy ją już miała, iże jeno uchwycić, wiewiórka niespodzianie sfurgnęła z drzewa jak ptak ślicznym lotem i upadła na miejsce otwarte, daleko od pnia. Zdumiała się Jewka takiemu skokowi i pomyślała z wyrzutem w sercu, gdy ją na ziemi ujrzała czerniącą, że się musiała zabić. Aliści, nim pies doskoczył ku niej, wiewiórka zerwała się i w mgnieniu była już na drugim drzewie.
Jewka zlazła ze smreka i znowu nie wiedziała, co ma z czasem począć. Pofigłowała się z psem w łaskę za jego niepokój, gdy ją zagrożoną na drzewie rozumiał. Zajrzała potem na owce: stały kerdelem w cieniu przy kraju polanki, niektóre poległy na ziemi. Zostawiła psa koło nich, przykazawszy mu stróżować, sama poszła po lesie.
Upatrywała drobnych listków, tak zwanych zajęczych karpieli, których smak kwaskowaty nieraz ją orzeźwiał i ugaszał pragnienie, gdy wody nie było blisko. Po drodze zazierała do wybutwiałych wykrotów, w których się sikorki szepielące rade gnieżdżują; spodziewała się ucieszyć oczy przygarstniem dziobków otwartych; gdy jednak w ciemni jednego otworu ujrzała świeczki oczu, zdało jej się — oczów kuny, straciła prędko ochotę do dalszych hladań.
Zatrzymał ją dłużej buk o dziwacznych kształtach, o konarach tak powykręcanych, iż oczom nie chciała uwierzyć, by tak rosły; dumała, że prędzej jakaś moc diabelska tak je w swawoli pogięła. Niewiada
czemu, uparcie cisnęło jej się na myśl, że we wieńcu onego buka na spleci konarów, gęstwią liści okryty, ryś siedzi. W cieniu nieprzebitym liści, zmożony upałem, śpi. Mimowolnie cisnęła okiem do kraja, żałując, że psa ostawiła. Lecz wnet roześmiała się w duchu ze swych obaw.
— Coż mi to szkodzi. Śpi, to śpi. Nie będę hań lazła ku niemu.
Poszła dalej po lesie.
Dochodząc ku stopom zbocza, usłyszała ciurczenie wody. Zbliżywszy się, ujrzała źródło sączące się ze skał omszałych i tworzące studzienkę przy stopach. Pchnięta pragnieniem, uklękła na kolana i przychylona, poczęła pić ustami z powierzchni. Krynica czysta odbijała ją w zwierciadle swym; miała wrażenie pijąc, że całuje siebie samą, ustami w usta. Rozbawiona tym, ugasiwszy pragnienie, poczęła się przezierać we wodzie. Widziała się po pas. Warkocze, krajem złote, splezły się koło szyi. Oczy świeciły jak iskry rannego słonka. Bursztynowa twarz śmiała się pociągająco. Spodobała się sobie tej chwili.
Podniosła się i usiadła na mchu skały. Rozkosznie widziało jej się tu w tym schronie. Ponad źródłem wyrastał ze szczelin skał cienisty smrek i topił się całą długością pnia w bezdennej jak niebo studzience. Spoza jego cienia wychylała się, spadając na dół paru gałęziami o prześwietlonych gęsto liściach, młoda zieleń buczyny. — W ościaniu rdzawych skał nad źródłem, tu i ówdzie wciśnione w rozpady, tkwiły gwiazdy paproci; na złotych pierzach ich liści krople odpryśnione ciurczącej szczelinami wody
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl