Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - Kara pozbawienia wolności
niemiecki tłumaczenia niemiecki tłumaczenia niemiecki tłumaczenia
negocjacje handlowe negocjacje szkolenia warszawa
Prawo dla każdego - zaliczenie darowizn na poczet sched
auta ślubne, auta weselne, auta na wesele auta ślubne auta ślub

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
świeciły istnie jak ogniki kwiecia, które jest skryte oczom ludzi.
Ciemnozielony mech zwisał ze skał, niby łapy łagodnie zsunięte, nad samą wodę studzienki; zbiegały po jego śliskim włosie krople świecące, jedna za drugą, jakbyś brylanty z góry staczał; zatrzymywały się na brzeżku i zagarnione nadbiegającymi, spadały w ciemnię studzienki z dźwiękiem niesłyszalnym, jak spadające w tajną głębinę serca łzy radości; od każdej z nich rozchodziły się po ciemnej zieleni wody świetlne koła, przez co studzienka zdawała się patrzącej, jak żywe, co chwila łzami przemywane oko. Przy samym brzegu ościania i głębiej we wnęku ciemnym pod zacieniem skał tajnił się schylony tu dziwnie głęboki mrok, jak gdyby studzienka, chcąc spojrzeć w siebie, w głębinę swą, w której się niebo przebija, tu źrenicę czarną przesunęła.
Z odpływem źródła poczynająca się, jaśniała rozszerz młaczki. Wyrastały z jej wilgoci wysokie trawy, badyle wodą nasiąkłe, o liściach dużych, łopiastych, żółtym owiązane kwieciem, to ciągła się znów długa zastawa liści-krążków i liści-miseczek, mocnych, ciemnozielonych, o łysku metalicznym. Spośród traw i liści onych wylśniwały się niebieskim glonem dołki, wyżłobki napełnione wodą, wydeptane różnym czasem przez łapy i racice zwierząt, które tu pić do źródła chadzały.
Chłód tu panował rzeźwiący. Uczuła się też pod jego wytchnieniem tak rześko, jak o rannym wstaniu słonka lub jak by się w prądzie potoku wykąpała.
Chciała zadzwonić śpiewką wesołą, jak zwykle,
gdy uczuje się radością, niby śpiewem ptaków, napełniona, lecz zatrzymała jej głos cisza lasu. Wydało jej się, że wszystko w lesie śpi, tylko to źródło słychać, gdyby przelew radosnego serca.
Nazwała je w myśli — że takie się jej uroczne niespodzianie z lasu wyjawiło — źródło Dziedzili.
— Jej to dar: ta woda cudem ze skał wytryskająca i ta ochłoda rzeźwiąca. Ona, tak można, mogłaby wszystkie skarby tej ziemi zazdrośnie przed wzrokiem stworzenia kryć i siebie tylko onymi cieszyć, jak to wielu bogów czyni. Miałaby święte prawo. A Ona w pustce krynicę dla pragnącego stworzenia otwiera, kwiaty w upłazach skalistych dla jednych oczu pasterza upuszcza, rosę po polankach w noc chłodną, by trawy z pragnienia nie wyschły, rozsiewa — co jeno dla rostu i życia przydatne, Jej to sprawą powstaje. Cześć Jej, bogini dobrej, wielkiej Dziedzy, opiekunce życia!
Wdzięczna Jej była całym sercem za dobroć i opiekuństwo, którego sama nieraz od niej przy paszeniu doznała: czy to gdy posucha trwała, czy gdy się zbłąkała z owcami w głębi lasów, czy w innym nieszczęściu jakim. Ją też tylko, Dziedzilę, ze wszystkich bogów sercem uznawała; dla Jej czci wiła wianki z ulubionych kwiatów i kładła je na miejscach, których dziwny urok szeptał, że częściej je bogini niż insze miejsca nawiedza.
Otóż i to źródło wydało jej się takim miejscem świętym. Upatrywała kwiatów, lecz te, które rosły na młaczce poniżej, nie spodobały się jej oczom. Przyniesie skądinąd — powzięła zamierzenie w myśli — i zawiesi na skale nad samym źródłem, tak
żeby je bogini zaraz na wstępie ujrzała, gdy nawiedzi to miejsce.
Rozradowała się tą myślą jak spełnioną modlitwą. Postanowiła w rozumie, że — by łatwo odnaleźć to źródło — porobi sobie w powrocie znaki wiadome po drzewach, które ją tu każdego czasu doprowadzą.
— Rozkoszny przecie ten świat... — wyszło ku niej z radości serca pomyślenie. Jęła przywodzić na pamięć ócz: urocze wnętrza leśne, zaczaje dziwne zagłębień, barwy słoneczne polanek, cudne rozwinięcia dolin, palenie się wierchów o zachodzie, szały i spady potoków, nieruchomość odwiecznych ciszyn, przemienne barwy lasów, błękity dalekich wierchów...
A strony, które przed laty taborem przewędrowali? Jak przypomnienia mgliste, z innego baczone świata, wywijają się nieraz z dziecięcej pamięci.
Jaki też ten kraj, kolebka, skąd wyszli? Jak przygaszony ogieniek tli się gdzieś poza pamięcią.
— Ociec nieradzi o tym wspominają. Jak by krzywdę jaką wynieśli stamtąd.
Matki swej nie pamięta. Jednak, jak o kimś bardzo sercu rozeznanym, myśli często o jej mało już cielesnej duszy. Słyszała o niej wiele od ojca i braci.
— Jaka też mogła być z twarzy i postaci? Czy ja podobna do niej? Ociec mówią, że Daniel ma być podobny...
Zamyśliła się nad postacią jasną brata młodszego.
— Ka on też pasie? Ni echa jego głosu. Jak by ka za wierchy-doliny poszedł z wołami. Widzi sie, jak on blisko, że cała puszcza gra. Smutno bez niego i jakoś... tak... otukno.
Przed mysią stanęła jej twarz brata Prokopa. Rzadko teraz widuje go. Ona na wierchach — on przy osiedlu. Jakiś stał się ponury, małomówny, dość już nim był, zacięty w sercu — czyby zły był na nią o co? Że się od niego oddala? Cóż winna, że tak daleko musi iść z owcami. Musi iść za paszą, ka sie najduje. Trudno sie koło osiedla z telim kerdelem owijać. — Tak by strasznie chciała, żeby te oczy jego kiedy roześmiały się. Pół spokoju serca ulatuje jej, gdy widzi je tak groźne pod sfałdzeniem czoła. Tak ją to lęka wsze i niepokoi.
To znowu dobrotliwą twarz ojca ogląda, te włosy gładkie, białe, niby len przez matkę sczesany, to czoło wiecznie spokojne, te siwe, kochane oczy... Daniel do niego podobny — przyrównała w myśli — z ócz i z czoła. Naturę ino ma mieć z matki.
Wieleż to już zim i wiosen — dumała dalej — odkąd tu przyszli? Małą jeszcze wtedy była. Jak też to roki lecą — ani nie uznać. Jak na potoku... Rzekłbyś, że płynie, a nie płynie; wsze jedno to samo, a zmienne. Hej wodo, wodo, życie...
Czy tu już ostaną w puszczy? Nikt nic nie mówi. Jak by sam czas tu rządził. Wesoło tu; ale pomyśleć, że to tak zawsze, rok za rokiem, aż do srebrności włosów... Ludzi nie ma na mile długie wokoło — nie słychać o nich nawet. Kiedyś ino — czy sie im nie zdajało? — jak Sobótki palili, uwidzieli na ostatnim wierchu wschodu przy nieba skłonie ogieniek, niby odpowiedź na ich ognie... Widać, tam ktoś być musi. Ciekawość, kto?... Może tu zajrzy kiedy, skoro wie przez Sobótki o nich... Ino tę puszczę całą przejść — kto sie odważy?... Chyba jaki bardzo
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl