śmiały... Pieśni dawne wspominają, że drzewiej bywali tacy... Rycerzami sie zwali...
Oparła głową, niby na zagłowku, na mchu wysokim skały, zamknęła oczy i zamarzyło jej się, że... z dalekich stron, przeczuciem serca porwany, jedzie przez puszcze, manowce, przez góry, doliny, rzeki...
Drżenie przebiegło serce; wzruszenie dziwne, jakiego dotąd nie znała.
— Trzeba iść na słonko. Chłód jakiś. Kto wie co tam z owcami...
Wstała i poszła ku polance, uważając po drodze na kształty i barwy pni, znacząc je oczyma w pamięci, by śladu do źródła nie stracić.
Za chwilę wyszła na kraj lasu.
Owce poległy prawie wszystkie, wciśnione w cień buczyny. Pies spał przy nich oczujnie. Podniósł na Jewkę oczy, myśląc z niechęcią, że ich spędzać przyszła, i przywarł je znowu, zleniwiony.
Upał tu był mimo cienia. Lecz Jewka, czując jeszcze chłód w ciele od źródła, wyszła dalej na polankę, legła w słońcu, ręce pod głowę zapletła...
Opłynął ją gorąc ziemi i powietrza. Widziała szparami ócz po cieniu okraja lasu, że nadchodziło południe. Liście buczyny, która wieńcem otaczała polankę, zdawały się od strzał słonecznych zapalone; płonęły ogniem, niektóre zwijały się w skwarze, inne gasły, jak zwiędłe pocałunki. W powietrzu unosiły się tęcze różnobarwne, plamy zielone i białe — spadały z wolna ku ziemi, prowadzone przez senne źrenice, by nagle strzałami wrócić w górę i znów opadać.
Śledziła leniwymi oczyma dość długo tę zamieć
barw, wreszcie podciągnęła ku sobie stopy, prażone gorącem, i wytupując piętą na miękkiej trawie niesłyszalnie nutę, poczęła sobie, niewiada skąd zbaczone, takie nucić marzenie:
Na widnym, leśnym groniu Pasła dziewocza owce. Jachał na wojnę pod Płowce Wojwódz na białym koniu.
Zbrój złota na nim sie lśniła, Jak słonko o wychodzie; On ci był, którego śniła, W tej prześwietnej urodzie.
Wybiega na cypel gronia, Patrzy za nim w tęsknocie, Jak wej jedzie przez błonia, Cały we słońcu i złocie...
Dojrzy on postać dziewoczy, Nie minie wlady uroku, Co prędzej z konia zeskoczy, I już jest tuż, u stoku...
Krzykła doń: „Zlaty wojwodzu! Inaksze u nas som wiece — Ty ku mnie haw nie wychodzuj, To ja do tobie zlecę.
Ino owce zeżenę,
Coby sie nie rozstrachały —
Ino plusnę w zdrój biały — Nie zejdzie mi z godzinę.
Sen mi cię słodki już wieścił — Bedę z tobą do rana — Inoch nie wykąpana — Jakże byś mię tak pieścił?”
To rzekłszy pomknęła skocznie, Ino sie kosy migały — A on przyostał nieśmiały, Jak by usłyszał wyrocznię.
Czeka ją w lesie u stoku, Czeka ją godzin wiele, Wierąc, że pluska sie w potoku Leb łoże z liści ściele.
A gdy o późnej porze Chciał wstać spod snu kamienia, Nie mógł udźwignąć ramienia I w piersi poczuł noże.
Nim duch uleciał z ciała, Słyszał: „Wojwodzu zlaty! Dziewocza nas wysłała — A myśmy są jej braty”.
— „A myśmy są jej braty...” — Zastanowiła się chwilę, chcąc zrozumieć, jak to było w istocie. Czy to byli jej braty? Czy jeno „dobrzy chłopcy”? Czy ona ich wysłała naprawdę?... Nie żalże jej go było? Tak okrutnie... Jakże to dalej...
Rano, nim słońce zaświeci, Stanie dziewocza na groniu Patrzeć w dal, jak po błoniu Sam koń biały poleci...
Przymknęła oczy. Widzi tego białego konia, jak po siwej rosie łąk pędzi przed siebie w świat ze siodłem pustym na grzbiecie.
Żałość ją wielka przejęła — łzy cisnęły się gwałtem pod powieki. Otrząsnęła się jednak prędko.
— Coż ja znowu, śpiewką sie bedę trapić?... Mógł kto ułożyć, jak mu sie samemu widziało, i to nie musi być prawda. Kaby zaś bratów posyłała... Chyba, jak oni sami... A może w niej sie zalubili i zazdrość ich pchnęła...
Niewiada czemu — wyłoniły się, jej, jakby z kraju lasu, twarze braci: Prokopa i Daniela. Zaś w wiedzy tylko jej serca jedzie on rycerz doliną... cały we złocie, jak go w marzeniu widziała...
Jak przed braćmi zakryć, że wie o nim? Oczy ją zdradzą... Serce za głośno uderza... Daniela się nie lęka... Serce jego miękkie, nie zna pomsty. Ale Prokop... Twarz jego ciemnieje — patrzy ponuro w ziemię — przeczuwa... Gdyby przejrzał zatajenie?... Lepiej powie im otwarcie. Czegoż się ma bać? Przecie jej szczęścia pragnąć muszą — siestrze...
— Widziałach go — przejeżdżał — samach nań zawołała... Czemuż mam więdnąć, jak ta paproć bezowocna na skale?... Wiem, że mnie pragnie, jak ja jego... Ale czemuż mam w skrytości, zmrokiem ku niemu chodzić?... Niech nas połączy słonko, niech da nam ślub południe... Idźcie do niego, bracia moi,