Zapraszamy do lektury! Tłumaczenia Wrocław
Kancelaria notarialna Wrocław Notariusz Notariusze pl. Solny
uczelnia
sprawdzony przez nauczyciela plan prezentacji maturalnej na maturę ustną
ogłoszenia remontowe, fachowcy, fachowiec ogłoszenia remontowe ogłoszeni

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
i oznajmcie mu, że jesteście ode ranie posłani, żem mu rada i że go czeka siwy ojciec nasz z miodem praśnym i chlebem... Niechaj przyjmie gościnę, nie gardzi...
Tak im powie, a oni... O nieszczęsna godzino wyznania! Już oczy ich zapalają się złym ogniem...
— Skłamałach, bracia, wierzcie! Nikogo nie widziałach na oczy, tak mi sie ino zdajało. Słonko zachodnie rzuciło blask na jarzębinę — hań w dolinie i — wyobraziłach sobie... Skądże by tu kto chciał się zabłąkać w tę puszczę? Drogi we świat nie tędy prowadzą... Śmiejcie się ze mnie i z moich przywidzeń.
— Nie wierzą... O ja nieszczęsna!... matko! ziemio!... Już poszli...
Tak tym wyobrażeniem zacierpiała w sercu, że gdy w ucieczce przed bólem, kieby przed snem męczącym, oczy otwarła na słońce i przekonała się ciałem, że to majaki, dalekie od istnego życia, długo jeszcze czuła echo zranienia. Chcąc je strawić do reszty, piła oczami całą prawdę południa.
Widziała przed sobą w kraju liście buczyny młodej, przez które żar przeciekał. Zdały jej się jako zamieć złotych i czerwonych płatków. Dalej ubocz, idącą wysoko, mglącą się poza powietrzem do czerwoności przepalonym i przez to oddalaną oku...
Z powietrznych sfer dolatywało, dalekością ściszone, żałosne znane kwilenie: — uli! uli!
Natężyła wzrok w stronę, skąd wołanie krzyczało, i po chwili zauważyła wysoko nad wierchem, we mgle światła, niedaleko słońca, czarny punkt, kołujący z wolna.
— Straci sie w słońcu — pomyślała. — Musiała je orlica ostawić. Wyleciało nad puszczę i woła... Głodne być musi. Ej, tak se bujać! Już by i głód nic nie płacił. Stamtąd musi być widać świat daleki...
— Co też jest za krańcem puszczy? Słyszała o miastach, dziedzinach... Wywoływała je ze mgły wyobraźni, jako las gmachów. Ludzi pełno, narodu. Ciekawe to musi być strasznie. Czy też kiedy zobaczy ten świat? Próżne marzenie. Puszcza nie puści. Ojciec tu pragnie — mówił nieraz — kości swe kochane złożyć. Z bratów żaden nie wspomni o chęci wyjścia poza puszczę... Jakoż sama mogłaby? Chyba jakby kto ze świata tu sie zbłąkał... i zalubił sie w niej... to wtedy... Ale sie nikt nie zbłąka.
— Ten ogień na wierchach wschodu... Kto też tam może być?... I czy to już kraniec lasów?... Może tam już dziedziny sie poczynają... Ojciec mówił, że tam na wschodzie Rusnaki są... Jakiego też rostu ludzie? i jakich obyczajów?... Zapewne jacyś...
Gorąco senniło myśli, że się stawały leniwe, majaczne i mgliły się jako te leśne stocza, których już mało uznać.
Zamknęła oczy i miała wrażenie, że zanurza się w gorące morze, na dno. Nie widziała nic, prócz plam świetlnych, wykwitających wewnątrz oczu.
I tę myśl tylko miała, by się im przyzierać z leniwą ciekawością, póki nie spłyną na bok z oczu, jako obłoki zapalone słońcem, niesione za widnokrąg. Przepływały: raz czerwone, raz żółte, to znów z innych barw tęczy pożyczone. A czasem zmieszały się i wtedy zalewała oczy mgła blasku białego, który ją ślepił do reszty.
W pewnej chwili, szmerem jakimś zbudzona czy brzękiem muchy, otwarła oczy nagle — i światu nie mogła rozpoznać, aż się wzdrygła, takim się jej dziwnym wydało wszystko wokół. Jak gdyby pierwszy raz w tym kolorze zobaczyła ziemię. Trawy były zieleńsze, las ciemniejszy, a powietrze do białości spalone. Martwość głucha zalegała puszczę, ni echa żywego głosu; jak gdyby groty ogniste słońca wszystko żywne pobiły.
Wydarł się przecie głos jeden z tej zamiertwiałej ciszy. Gdzieś w skwarze uboczy dalekiej ozwało się żałosne wołanie kani: piić... Niby z piersi pragnieniem domierającej samotny krzyk na spalonej do gruntu pustyni... Powtórzyło się to wołanie daremne parę razy, wreszcie ustało.
Upał się wzmógł. Jewka dumała pomknąć się do cienia ku krajowi, lecz odeszła ją włada.
Leżąc na wznak na trawie polanki, z rękoma zaplecionymi na szyję, przyjmowała niewolnie bezwładem ciała wszystek żar z powietrza i szczelinami przymknionych oczu śledziła leniwie dziwne, majaczne pojawy, jakie się za sprawą słońca na ziemi i na łąkach powietrznych nowiły.
Oto z wysokich niebieskich przeźroczy, niby z niezmierzonego przetaka, który jest jakoby dniem światłości nieogarnionej, sieje się deszcz świetlisty — jakimże warem musi parzyć! — opada w niższe sfery i nie dochodząc ziemi, rozpyla się we mgłę: już wszystkie wgłębia dolin nią wypełnione.
Oto z ogniska słońca, które poraża oczy jak zamach lśniących stu mieczy, odstrzelają na boki czerwone kiście płomieni, pióropusze, to kwiaty dziw-
nego kształtu — przez moment żagwią się w przestworzu jako krzyczące demony, po czym gasną pomału, w miarę jak opadają z nich płatki barwne, mieniące się niby rój jabłonnego kwiecia w mgle powietrznej.
A oto z niewidzialnych, z dalekich stannic Swaroga wyrwał się rumak biały — pędzi przez łąki niebios... Grzywa jego świetlista rozwiana wiatrem pędu. Zda się w tym cwale jak by obłok zapalony. Minął słońce — gdzieś w przestwór zielony leci...
— Nieskończone są łąki powietrza. Kto go zatrzyma?... Próżna myśl... Stracony boski wierzchowiec. Popędzi tak we wieczność... Już sie mgli — mało go uznać...
W pewnym momencie, gdy wiodła senną po okrąży światła źrenicą, napotkała w stronie południa, w oddali, jakby kolumnę podpierającą słońce, słup ognisty... Zrazu we mgłę wtopiony, wyraźniał za zbliżaniem się niespostrzegalnym, jak żelazna noga konieczności. Wpatrywała się w zjawę coraz trwożniejącymi oczami. Miała widzenie, że wszystko, co napotka, spala...
— Idzie Południe... — pomyślała. I lęk ją wziął pod pachy na myśl nieochybną, że słup ten z ognia idzie prosto na nią...
Podźwignęła się na siedzącko — słup się gdzieś w mgnieniu zapodział.
Rozpatrzyła się wokół —— nic nigdzie cudnego
nie ujrzała. Las we mgle — trawy zemdlone — blask rażący w powietrzu — i spokój niczym nie zamącony.
— Jakieś dziwadła wźroczne... — poszepnęła. Opadła znowu plecyma na trawę, znużeniem sen-
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl