nym niewolona, i ledwie dłonie zapletła na szyję, pojawy świetlne wróciły. — Przez omgleń białą przelatywały bez szelestu, niby szaleńcze myśli boże, ognistopióre strzały; to przeszywały w poprzek zapyl niebios, to siekły z ukosa gąszcz powietrza, to prosto ze słońca, rażąc oczy, spadały na ziemię. Śledziła ich prześmigi aż do przemęczenia źrenic. Czego ostrze ich dopadło, to zajmowało się we mgnieniu płomieniem lub popieliło się od razu. Widziało się, że ino patrzeć, jak pożar wybuchnie z ziemi i w okrąg ogarnie puszczę.
Ogniste kule, płonące jakby serca, strzępy płomieni krwawe, unosiły się w powietrzu. Już wszystek przestwór, który źrenice objąć mogły, zajęty był upałem — ziemia parzyła jak watra — a ze mściwego słońca wciąż jeszcze groty padały, siekły strzały ogniste, sypał się żar, do białości spalony.
Jewka poczęła uczuwać bolesne zranienia, połączone jednak z jakąś, nie znaną dotąd ciału jej, pieszczotą. Miała uczucie, jakoby płomień po niej zbiegał, dziwnie nieokrutny.
— Czy to nie jest raczej tchnienie boga? — marzyła w kornym wzruszeniu. — Mówią, że zestąpuje nieraz w żarach południa...
Ciekawością zjęta, poddawała się temu osobliwemu gorzeniu, z trwogą niejaką i dreszczem, jakie budzi bliskość Niepoznanego.
Z nagła ujrzała zwęzioną źrenicą zestępujące ku ziemi z płonących łąk podsłonecznych dziwne trzy postacie... Zrazu wydały się jej kolumnami światła, które płomień ogarnął. Przyzierając się im lepiej,
rozeznała, że ludzkie mają kształty i oblicza. W bezobawnym drżeniu śledziła je, gdy się zbliżały jakby powiewem niesione płomienie, i z coraz większą pewnością widziała, że to One są, Południce...
Zbliżywszy się na kraj polanki, stanęły. Wtedy zobaczyła je wyraźnie. Szaty miały ogniste, tak czerwone, że aż oczy raniły. We fałdach szat taiły się cienie fioletu. Włosy w światłach powietrza tonęły. Oczy ich gorzały dziwnie, krwawym, bezpłomiennym ogniem, jaki się widuje we watrach, po trzykroć przepalonych.
W miarę jak patrzyły w nią tymi krwawymi żużlami, słabość jęła ją ogarnować i w ciele jej działa się dziwna przemiana: jak by urok abo czar rzucany jął się w niej bez woli jej spełniać.
Czuła więcej, niż widziała, że się przybliżają ku niej, bowiem sparnia krwi gorącej zamgliwała jej wzrok i przesłaniała kształty. Miała jeno czerwień ich szat przed oczyma, wyraźniejącą.
Za zbliżaniem się ich zapadała w jakieś rozkoszne sennienie, jakby się cała ta łąka kwiecia na nią zsypywała.
Stanęły nad nią — dwie u głów, jedna u stóp. Czuje, jak jej rozplatają dłonie spoza szyi... Nie może się ruszyć, ani słowa obrony wyszeptać — straciła do znaku władę.
Czuje, jak przyciskają jej łokcie do ziemi — jak się z obu stron pochylają nad nią i patrzą tymi ogniami oczu aż do mózgu, iż szaleństwo poczyna się w nim zaświecać. — A ta u stóp oplata dłońmi nogi jej u kostek, niby dwiema obrączkami rozpalonymi, od czego łańcuch dreszczu po ciele jej zbiega.
Nie wiedziała, kiedy, w jakim momencie zniknęły. Przyszła do włady zmysłów, gdy uczuła, że ją obejmują słodkie ramiona bóstwa, którym się nijak oprzeć ——
Uczuła ogień boskiej piersi na wzgórzach piersi swych — i wraz fale żywiołu, który ją przeląkł potęgą.
— Coż sie to dzieje? — szepnęła myśl niedomarła. — Czy to Ty, boże niewidzialny, Rozkosz... co raz za życia wybranym dajesz sie czuć?... A kto Cię ujrzeć godny, umiera... Ty jesteś, mówią, więcej niż życie. O! czuję...
Czuła się w uścisku światła, jakby w morzu powietrznym, wśród ogni — czuła, że zapada gdzieś w przestwór otchłanny i że w tym mgnieniu wiecznym schodzi na nią wiedza olśniewająca... Nagle — jakby grot Pioruna w nią uderzył. Poderwała się ciałem ze ziemi. Usiadła.
Spłoszonym wzrokiem potoczyła wokół i zdziwiła się wielce, że świat stoi — jeno wszystko w takim przepaleniu, jakby je pożar niewidzialny przeszedł.
Poczęła jej się przywracać radość przepłoszona: że jest sama na polance, że świat śpi, że nie ma świadka jej wzruszeń, od których płonie jej serce.
Jęła pośpiesznie, jak w oszaleniu, zrywać ze siebie lnianą odzież, do ostatniej zapaski...
Odurzyła ją żywiczna pachność ciała, na które pierwszy raz z rozkosznym wstydem spojrzała. Zaświeciło krasą nagości, jako przecenny kwiat bursztynu w okolu ogni.
Szaleńczą swobodą porwana, rzuciła się na łąkę, naga jak bóstwo, równie jak bóstwo piękna, i po-
częła się tarzać w gęstwinie traw, w kwiatach, w liściach nawianych buczyny, chcąc daremnie zatysić nieugaszony płomień ciała.
Prawie śródpołuń mógł być, gdy Daniel, pasący od świtania na zboczu zachodnim, ostawił wołysojki w cieniu, źwiękujące i poszedł zwyczajem pasterskim po lesie puszczy...
Miał czas ślebodny przez ciąg cały upału, bo woły, wiedział, nierychło z cienia się ruszą: aże słońce przetoczy się na niźnie wierchy zachodu.
Udumał przepatrzyć kęs spory lasu, a może i co ciekawego — myślał — oczom się nadarzy. Puszcza — wiedział, a jeszcze więcej przeczuwał — chowa w swych leśnych schronach dziwne ciekawości i nie na raz je wyjawia; można przejść jednym miejscem po kilkakroć, a nieurada zbadać, co zataja; aże się raptem po razie którymś odsłoni rzecz, której się oko nie spodziało.
Dumał też wysłuchać gdzie wodę jaką, by woły móc napoić, skoro paszę zjedzoną wyźwiękują; ku roztoce zganiać za daleko, a bez wody paść się nie zechcą. Sam też napiłby się z rozkoszą, żeby jakie źródło naleźć.
Strony tej nie znał dobrze, bo rzadko tu z wołami podchodził. I dziś by był nie wyszedł, kieby nie upał, który już wstanie słonka krwawe zapowiadało.
Idąc po lesie, po namiecionych na ziem przez czas i wichry łomach, po warstwach trawsk zleżałych, nasłuchiwał od chwili do chwili, czy skąd ciurczenia wody nie zasłyszy. Spodziewał się w najgorszym ra-