Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - testament szczególny
nauczyciel
starzenie się
Zapiekanka z czerwonym winem przepis
kompletny motyw żydów w literaturze na egzamin ustny

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
zie znaleźć choć młakę jaką, gdzie zwierze pić chodzują. O źródle skalnym myślał z coraz większą niedowiarą, jak o szczęśliwym rzadkim przydarzeniu, które ino pomoc boga jakiego może poraić. Myśląc już pragnieniem tylko, nie upatrywał jednak po lesie, bo wiedział, że diabeł złośliwy może przysiąść (jak nieraz czyni z innymi rzeczami), iż przejdzie koło źródła, a nie ujrzy go; niech raczej diabeł myśli, że jemu nie o wodę chodzi, że za czym inszym hlada: wtedy się prędzej natrafi.
Podnosił oczy ku wieńcom drzew, jak by tam gniazd orlich szukał — opatrywał bardzo uważnie rozmaitą cerę pni — to znów, gdy baldachimy buków zwisły nad nim, przezierał pod słońce z półuśmiechem ciekawości przez przetak liści buczynnych, przez który siało się krążkami i przenikało, jak woda, żółte światło zieleni.
Długą chwilę zatrzymał się przy prastarej jedli, z której olbrzymich konarów, szeroko odniesionych od pnia, wyrastały prosto w górę jedlce-karły, już zestarzałe; a tak widziało się, że jedla owa na dłoniach sękatych rodzeństwo swoje dźwiga i świadczy się nim, żywym, ile już tu trwa wieków...
To znowu zatrzymał jego oczy ściekawione smrek-pradziad, omszały cały od śniatu do wierchu. Z niższych gałęzi spadały ku ziemi, niby długie włosy siwe, porosty, wiekami naniesione, dziwną powagą strojąc starca-olbrzyma, którego czoła, zapewne zdartego wichrami wieków, nieurada było dojrzeć z ziemi.
Błąkając się w gmachach puszczy, wszedł bramą wąska w wysoki ściemniony las. Chrzęstem stąpań
swych spłoszył Ciszę, która, uchodząc, kryła się poza pnie, jak poza kolumny świątyni. Z okien małych z wysoka padały wąskie smugi światła, niby pęki sczepionych dzid. Jedna taka smuga, w poprzek przez gąszcz cienia nad jego głową idąca, zdała mu się jakby żerdką białą, na gałęziach drzew końcami wspartą. Można by w prędkości płaszcz na niej zawiesić, pomyślał; taka się widziała materialna.
Więcej w tym lesie mrocznym, niż na otwartych przedziałach, widzieć się dało święto nadchodzącego południa. Spokój panował zupełny. Nawet szepolenie ptasząt drobnych, które go wiodło po bramę, zamilkło. Dziwnie zdradziecko potrzaskiwał tylko chrust suchy pod stopami.
Zdało mu się, że zna to wnętrze. Wiele miejsc, które przechodził po raz pierwszy, jak oczy upewniały, zdało mu się znajomych. I ten las... jakby ze snu pamiętany... czyżby w ową księżycową noc?... Drzewa zdają się mieć jakiś wyraz dziwny, jak wtajemniczone — zdają się go spokoić powagą hardą, że nie zdradzą...
— Cóż wy, drzewa, rozumiecie? — powiedział w głos i popatrzył wokoło.
Zastygły, widziało mu się, i zadrewniały jeszcze bardziej.
Znalazł się znów w trawiastym lesie, jakby w starym, zaopuszczonym wyrębie. — Żar upału, niby deszcz ognisty, padał na drzewa, gałęzie i ściekał po liściach na ziemię. Mżało wszystko w źesłabieniu skwarnym.
Pod stopami począł uczuwać miękkość młak wil-
gotnych; nabrał potuchy, że najdzie źródło lub potoczek jaki.
Musiał teraz pozierać pod nogi, bo co chwila wyrywał się szmer z traw gęstych przed stopami i nierzadko dały się widzieć połyskliwe pierścienie żmij, uchodzących w kępy zacienione.
Mimo tej uwagi, o mało że nie przystąpił gniazda piskląt kuropatw: tak się nieznacznie, szare, z liśćmi naniesionymi porównały. — Rozsypały się w popłochu i nim miał czas im się przyjrzeć, już się gdzieś w oczach potraciły. Zdumiał się niepomału, bo nigdzie tak blisko drzewa ni kępki nie było, gdzie by mogły wpaść. Trawa też w tej dolince nie była wysoka, nie mogła im dać schrony. — Aliści się mu wykryło. — W dolince było sporo pomiędzy trawą liści zeschłych bukowych, naniesionych przez wiatr. Gdy zniżył się i pograbnął kilka, ujrzał pisklę przewrócone na grzbiet w trawie, liściem nakryte. Począł uchylać dalsze — to samo. Widział teraz dowodnie, jak odkryte, pomykały dalej, padały w rowki, w trawę i przygrzebały się liściami.
— Kto je tak powyuczał? — dumał.
Odwiodły znów uwagę jego dziwne ciekawości leśne. Oto zalśniło mu przed oczyma drzewo nie widziane dotąd, o liściach drobnych, białych; wystrzelało z ziemi w górę, istnie jak srebrny wodotrysk. To znowu stał buk, na kłodzie zwalonej kolanem twardym przyklękły, rzekłbyś: rycerz zwycięski na trupie wroga. — Zasię na skraju onego lesiska napotkał sprawę inną: buka i jedlicę młodą, tak zespolonych ze sobą, że miał już obejść bokiem, by ich nie zawstydzić. On, muskularny, obejmował ją ra-
miony i opasywał ciałem w uścisku, a ona się chyliła zesłabła, cała śniatem cielistym ku niemu podana.
— Przecie to drzewa nieczułe... — pomyślał za wejrzeniem. Czemuż ich uścisk tak go zniepokoił?
— Jak brat ze siostrą... — poddał myśli, by przesłonić insze, cisnące się, niewiada skąd, przyrównania.
Minął ich i długo jeszcze zachodziły mu na oczy. Skądś, jakby ze studni krwi, dźwigały łby niepojęte stwory, coraz to większy niepokój w sercu budząc. Przymuszał rozkiełzane myśli do zwyczajnych spraw, zajmował je spotykanymi rzeczami; niczym nie dawały się zniewolić. — Szept krwi zdradliwy judził je, buntował i przedstawiał zabraniane jako skarb zazdrośnie kryty.
Wnet rozprzęgła się w nim wszystka straż tajemnych schowów — i oswobodzona z zamków wyobraźnia jęła mu przedstawiać niesłychane rzeczy, które lęk dotąd zamykał, a tęsknota taiła.
Stawały mu srodze wyraźnie przed oczami zapomniane obrazy, widziane z wierchów różnymi czasy na chmurach... Ciała nagie, w uściskach — wesela szałem obłędne — orgie... Wszystko, co wonczas było niewinności dziecinnej zabawą, teraz przedstawiało się bezwstydne, w ogniach krwi, w płomieniach szału...
— Jakiż upał! — rzekł przyjaźnie do wrogich tych zmór, w tajemnym spodziewaniu, że je obojętnością serca w błąd wprowadzi.
Słońce stanęło prawie na słupie ognistym południa i sypało z wysoka na ziemię żar nie do wytrzymania.
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl