— Pić sie chce... — poskarżył sie. Szept nielitosny przedstawiał:
— Wodą pragnienia nie ugasisz. Choćbyś całe źródło wypił. Jeszcze się wzmoże. Wierz mi. A gdyby tak jagody albo agrest. Słodkie są piersi dziewczęce, jak sok agrestu. Czy widziałeś kiedy piersi Jewki?...
Przyśpieszył kroku, aby uciec od tych napastowań. — Szuściał z umysłu nogami po trawie, niewolił gwałtem uwagę ku napotykanym rzeczom, i stłumił wreszcie szept bluźnierczy.
Nie miarkował już, jak daleko od wołów odszedł; zajęty ciekawościami leśnymi, nie liczył przemian drogi; tyle jeno mógł uważyć, że się znajduje w stronie wschodu. Z położenia lasu, jako i z przeświecającego spoza rozchyli drzew malunku uboczy bliskiej od południa, pojąć pragnął, że jest gdzieś koło limierzy. Nie mógł się jednak upewnić w tym pomyśleniu; wiedział, jak często w puszczy, tak mało jeszcze przeznanej, podobne pozory zwodzą.
Las gęstniał. Gałęzie buczyny rozrosłej tamowały przejście. Z coraz większą trudnością mógł się przedzierać. — Z zapałem to jednak przedsiębrał, w celu, aby przez ten wysiłek rozpłoszyć zdradliwe nachody. — Udało się mu to w części, więc tym ochotniej wszywał się w gęstwinę lasu.
Zmęczył się wreszcie, bo i upał zesłabił go niemało — miał już zawrócić, gdy dojrzał w dali szczeliny światła wśród drzew.
— Musi być polanka — stwierdził — skoro światło przeziera.
Ruszył w tę stronę. Aliści dziwny niepokój go
przeleciał, którego nijak nie umiał w rozumie swym przeznać.
— Czegóż się tu ma bać, skoro tyle uszedł puszczy bez trwogi żadnej ani przydarzenia? — Zwierza teraz nie uświadczy, wszystko po kniejach, zapadach pokryte, chłodu i spania spragnione...
Nadszedł ku samemu światłu. Bezwiednie skradał się ściszonym stąpaniem. Jedynie ściana złota liści, przepalona żarem, dzieliła go od słonecznej przestrzeni polanki.
Odchylił dłonią gałęzie dla przejścia — i stanął wryty...
Naga, jak bursztyn, świeciła postać dziewczyny na spopielałej we słońcu polance. Poznał w niej Jewkę i tym większe przelękło go wzruszenie.
Miał pierwszą myśl cofnąć się, lecz wstrzymała go obawa, iże szmer buczyny może go zdradzić jej oczom.
Stanął więc w bezruchu w ścianie liści, niby we wrotach uchylonych raju, i najwyższym zachwytem ócz pochłaniał cud jej ciała...
Chwile ponad nim szły — nie baczył na ich przejście — nie czuł, nie widział świata — wszystek w zachwycie oczu i w lęku serca skupiony.
Nagle uczuł dłoń jak skałę ciężką, która przygniotła mu ramię. — Obejrzał się w popłochu za siebie — i ujrzał twarz Prokopa tak groźną, że krzyknął z przestrachu i odruchem wyrwał się na światło przestrzeni.
Krzyk drugi wyleciał z polanki. To Jewka, ujrzawszy bratów, zerwała się spłoszona, dochwyciła szaty pociskane i wpadła w gęstwię buczyny.
Stali przed nią w milczeniu.
Daniel zwiesił głową jak winowajca. Prokop ponuro patrzał w głąb swej ciemnej duszy. Jewka, spłoniona jeszcze wstydem, nieśmiało podnosiła spłoszone wejrzenie ku ich tajemniczym czołom. Niepokój dźwigał się w jej sercu.
— Czy sie stało jakie nieszczęście w osiedlu? — spytała wreszcie ze drżeniem.
Milczeli obaj.
Ustały się chwiać liście na gałęziach, które potrąciła była Jewka, wychodząc z gęstwi na polankę.
Stali wszystko troje we trwodze ciszy, na kraju łączki, w kręgu cienia.
Pies-owczarz, który przywitał nadeszłych i znowu się ułożył przy kraju w pobliżu, ziewnął przeciągle.
— Przyszliśmy sie zapytać... — rozpoczął Prokop, a głos jego szorstki dobywał się z trudem jak spod darni. — Powiedz szczerze: którego z nas miłujesz?...
Jewka przelękła się w sercu i odrzekła pośpiesznie:
— Oba someście mi mili... Na to Prokop posępnie:
— Dla nas obu w tej puszczy za ciasno... Jeden musi sie uchylić...
— Dlaczego? — szepnęła w lęku. Nie wnet odrzekł:
— Stało sie... Dziedzy-Leli to przyczyna, która zapala krew, gdy czas nadchodzi...
— Jakoż to mam rozumieć? — spytała w przezornej niewiedzy. A myślą pilną przyzywała bóstwa ku pomocy.
— Niechaj wyjaśni ten — wskazał gniewem czoła na Daniela — który jak tchórzliwy złodziej kradł oczami nagość twą, gdym nadszedł.
— Przebacz, Jewka... Traf zrządził... — wyszeptał Daniel w skrusze i podniósł ku niej oczy, z których jeszcze światło zachwytu nie zeszło. Po czym zaczął bezładnie, ciżbą słów, rwanych uczuciem: — Kocham cię nade wszystko! Nad cały ten świat, który oczy cieszy... Sam nie wiedziałech — dopiero dziś... A już od dawna... W tę noc, kiedy mię coś pędziło... Pamiętasz?... Nie — ty nie wiesz... Znalazłech sie o świtaniu w najgłębszej puszczy... Tam zabłąkała mię tęsknota...
— Jaki wymowny — sarknął Prokop; po czym zwrócony do Jewki: — Widzisz teraz, że dwóch nas puszcza nie zdzierży. Ubiłbych go tu jak kundla białego, u twoich nóg. Ale — zdaję sie na twój wyrok. Ku któremu serce skłonisz, niechaj ostanie.
— Jakoż ja mam...
— Wyrokuj! — krzyknął obłędnie.
Uczuła się jakby na brzegu przepaści. Popatrzyła na nich lękiem oczu.
Ciężkie milczenie zaległo.
Przyszła jej myśl z mroku rozpacznej bezrady...
— Poczekajcie małą chwilę — rzekła. Pobiegła w las i skierowała się po znakach do
źródła. Za niedługo stanęła przy nim. Podniosła dłonie proszące ku skałom i poczęła się modlić:
— Matko Dziedzo! Opiekunko dobra! która skarby swe rozsiewasz po ziemi, która źródła na pustce