pragnącym otwierasz, która dajesz rosę łąkom, a soki drzewinie, która kwiaty upuszczasz po skalistych drapach, aby oczy pasterza ucieszyć... pomóż mi w kłopocie serca! ześlij poratowanie! Już Ci ślubuję wianek co dnia na te skały — z barwinku i z leśnych kwiatów — ino mi udziel rady. Kanyż sierota sie udam? Matki nie mam — a ojciec biały, jak dziecina, którego ochronić należy. Zresztą on by nie wyrozumiał w prostocie swego serca tych powikłań okrutnych. Ty jedna wyrozumiesz, bo Ci nie cudne nic, zwłaszcza co sie serc ludzkich dotyczy. Twoje to królestwo. Pani, orędowniczko miłosna. Zbliż sie ku mnie niegodnej, nachyl łaskawie różowe swe ucho i wysłuchaj mnie... Oto bracia oba zalubili sie we mnie i chcą, cobych wybierała. O losie! Co se pocznę? Jeżeli nie wybierę, śmierć stanie między nimi — a jakoż mam wybierać, kiedy obu jednako miłuję. Prokop-Noc i Daniel-Switanie jednako sercu są mili. Że sie ze sobą nie godzą — to sprawa Światła i Mroku. Oni nic nie winowaci. Poradź, bogini dobra, jaką mam dać im odpowiedź. A muszę śpieszyć, by kłótnia nie zawrzała. Prokop prędki i mściwy. (Nie jego to przywara. Sercam nieraz od niego doznała).
Gdy tak modliła się głośno, oczy jej zatrzymały się na kępce złotej paproci, która ponad źródłem rosła w szczelinie skał.
Uparcie myśl strapiona wracała do tej kępki, jak by w przeczuciu, że tu się zbawienie najdzie. Wreszcie zaświtało jej: — Kwiat paproci...
Jest, mówią — a niewidzialny. Duchowie go zazdrośnie strzegą. Nikt go nie znalazł z ludzi.
— Czegóż pragnie? — spytał jej głos przyjazny i jął za nią sam szeptać: — Oddalić rozstrzygnięcie do czasu niezamknionego — do nigdy — w niemożebność!... — I dodał na pozór obojętnie:
— Niemożebnym jest widzieć kwiat paproci. Nigdy go nikt nie najdzie.
Olśniła ją ta uwaga. Podziękowała bogini (przyrzekając jeszcze podziękę codzienną), bo czuła, że Ona to była Szeptem-natchnieniem, i zabrała się śpiesznie.
Po drodze układała w myślach odpowiedź, tak aby uroczyście wyszła — aby, wypowiedziana słowami, miała wagę w ich sercach — aby też wzbudziła wiarę, że z ust bóstwa jest przejęta, co było prawdą istną.
— Bogowie nie mówią prosto — pomyślała. — Trza tak ułożyć, jak do śpiewu, wtedy wyda sie prawdziwiej...
I zdobierała podobne w końcach wyrazy, co nie przyszło jej z trudnością, bo nieraz to czyniła, gdy chciała coś wyśpiewać, co czuła albo widziała dziwnego.
Stanęła na polance.
Bracia, zbliżywszy się, bo oddaleni byli, zatrzymali wejrzenia trwożne u jej czoła i w milczeniu czekali wyroku.
Rzekła prosto:
Od obu was zaznałach dobroci, Obu was widzę mile...
Lecz kto mi przyniesie kwiat paproci, Ku temu serce przychylę...
Uczuli w słowach jej podszept bóstwa i żaden nie śmiał nic wyrazić. Zamyślili się w sobie jak u ścian gontyny. Odeszli w tym zamyśleniu, oba w przeciwne strony.
VI
KWIAT PAPROCI
Lato miało się ku schyłkowi. Ściemniała cetyna drzew — przygasły kwietne polanki — rozniesły się po świecie puchy mlaczów i gibrzyn okwitłych — natomiast późne kwiaty lasów: wilcze jady, złotogłowy, świeczki przedziwne i insze, których nazw nie pytać, rozpaliły się barwami i rozświetliły wilgotne dna leśne, wnosząc dziwną, bezwonną. ukojność w posępne gmachy puszczy.
W cichy, pogodny dzień na odwieczerz, gdy zniżone słońce ostawia rzeźwiący chłód w cieniach, szedł stary Cichórz po lesie z zamiarem wypatrzenia pszczół w jakiej wybutwiałej jedli.
Już od wielu dni dumał, że trza przejść po lasach puszczy, z myślą, by co wyhladać; bo ile razy zajrzał do pasieki, a zazierał prawie co dnia z rana, serce go bolało na widok pusty zniweczonej pracy, którą t e n z puszczy stratował; lecz zawdy coś miał koło osiedla do czynienia; to przyjrzeć chudobę nieliczną, to jadło ustroić dzieciom, to siano suszyć w dniach pogody; przy tym przebadał już pobliskie ubocze, wypadało w dalsze roztoki się zadać, do czego dzień sposobny trza było upatrzyć. Taki dzień