Zapraszamy do lektury! transkrypcje
Skuteczny kurs języka angielskiego warszawa
pizza
elektrotechnika
gotowy motyw kobiety w literaturze na egzamin ustny

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
się wystroił — i Cichórz znalazł się na odwieczerz wysoko nad doliną osiedla na nieznacznie schylonym pogrzbieciu w otoczy mało przeznanego lasu.
Szedł wolno, ciężarem lat utrudzony, przystawał co jakiś czas i nasłuchiwał, czy znajome granie, tak miłe uszom, skąd od dachu gałęzi nie zaleci.
— Nie słychać — mówił z cicha, jakby kogoś, idącego pobok, wtajemniczał. — Niektóra jedla gra, jak lipa. Ale to przydarza sie chyba ino z wiesną, kiedy gałęzie pępie wypuszczają. Słodkość w nich musi być, jak w kwiecie. Teraz późnawo. Sierpniowy czas... Cetyna już postarzała... A pszczoły z lata przebiorne. Co to miały kwiecia wszędy — a jeszcze sie znachodzi...
Opatrywał pnie starawych jedli, które zazwyczaj przynęcają roje swoją zbutwiałością rdzenną — badał każdą oznakę na drzewach, która go zaciekawiła — śledził pośród spotykanych kwiatów, czy nie dojrzy ciemnych gdzie pracownic, znęconych ogniami barw...
Lecz nic spodziewanego nie podpadało jego niezawodnym oczom.
Tłumaczył szeptem:
— Las przywierzchni... Schylenie pod wiatr, na zachód. Nierade pszczoły w takich miejscach sie fundamencą. Jak ich donagli czas spóźniony, że zajmą jaki kadłub, to ino przezimują w nim, a latem wynoszą sie w zachylniejsze ka miejsce, w ciszynę...
Mimo to, choć ufania dużego nie miał, by co w tej stronie wyhladać, wezwyczajony bytowaniem w lasach do wźrocznych postrzeżeń, nie pomijał nic z napotykanego, co by go mogło na ślad szukany spro-
wadzić; rzekomo nie dawał zbytniego uważania na nic, a wszystko po drodze, posuwając się z wolna lasem, przejrzał i przebadał.
Nie uszło jego uwadze żadne kalectwo pnia, żadna osobliwa skaza. Ktoś inszy mógłby przejść, minąć, nic nie uważywszy. Ale on, biały doświadczeniem pasiecznik leśny, nie przeoczy. Tymi siwymi oczkami postrzeże każdą szparą w korze — i wie, czy to dzięcioła robota, czy inszych leśnych pracowników. Wie też samymi oczami, które drzewo we wnętrzu zbutwiałe. Od ziemi widzieć się może nie chore — nie znać na nim na pozór nijakiego szwanku — a on je przezna, że fałeszne. Nieraz było, z połowy wysokości jedli ul z pszczołami z Prokopem wyjęli.
— Ucho też dopomoże. Pojrzysz po drzewie: zdrowe — nic nie podpada oku. Przyłożysz ucho do pnia — a tu pień gra, jak basy na wietrze. W tym razie wysoko gdzieś mają chrobaczki wlatunek.
— I takim sie da radę — pouczał synów przy czasie. — Trza ino wysłuchać, na jakiej wysokości zarobiły piętra... To już letko sie je potem zbiere. Gorzej, jak sie trafi jedla cała wybutwiała wewnątrz, od śniatu aże do wierzchołka. Bywa nieraz: całe jej wnętrze pszczoły zarobią plastrami. Szukajże ta królowej, na jakim piętrze siaduje... A bez niej nieurada. Z roju wte nic, ino telo, że sie miodu spora kadź ucedzi. Ukąpać sie w nim może po czub głowy, kto na słodkość łakomy — użyć se, jak ten niedźwiedź...
Uśmiechnął się do zbaczonego w myśli przydarzenia. Zerzynali raz z Prokopem na kadłub do studni pień wysoki i gruby, pozostały ze starej, złama-
nej wichrem czy piorunem jedli. Pusty był w środku, a po krajach skostniały — gotowy kadłub. Obalili go — patrzą w środek — a tu w nim kościec cały. Wnet poznali, że to kościec nie czyj, ba niedźwiedzia. Dumali długo, skąd się tam w pniu mógł znaleźć... Opatrują ściany wnętrza — i widzą ślady piętr pszczelich... Toż to się im wyjaśniło. Niedźwiedź musiał wystermać się po sękach do wierchu pnia — sięgał łapami po plastry coraz niżej, aże wkiełznął przestronnym otworem do środka. Już się wyleźć z powrotem nie dało. Owoził się za każdym ruszeniem, aże się zsunął na dno — i tu ostał.
— Miał słodki koniec — przydał śmiech nieujawiony, w którym się zawdy tai resztka okrucieństwa, wygnanego ze serca.
— Tak wej — przyganił w rozumie, zakrywając ono uczucie nie swoje — łakomość nie popłaca... Przełakomił niedźwiadek i miód go do zguby przywiódł.
Miał on, stary latami Cichórz, w zachowach cennych doświadczenia wiele prawd nagromadzonych, jako to ziarno w przegrodach sąsieka, z kłosów zebrane podróżnych, które ludzie prędcy, za większym uganiający się plonem, lekceważąco pomijają. Miał poznanie życia, które go otaczało, a w którym się czuł zespolony ze wszystkim — z drzewem, zwierzyną, kwiatem — jednymi prawami. Nie znał tylko spraw człowieczej złości, bo jej sam w sobie nie miał. Przeto pogodę zachował w sercu i w umyśle.
Gdy szedł pomału wnętrzem lasu, w szarości lnianej odzieży, w promieniach białych włosów, tymi si-
wymi oczami popatrujący po drzewach, widziało się, że jakieś udobrzenie przejmuje surowość leśną; smreki poczynały łagodnieć w swej sztywnej hardości, po gałązkach rozchodziło się na okrąg wzruszenie; czyniło się nieomal podobnie, jak gdy łaskawość pogody zestąpi na dno lasu.
On też nie mniejszą życzliwością odpłacał to przyjęcie, które go wzruszało w sercu więcej niż jaka gościna u ludzi. Rozumieli się wzajem — las z Cichorzem — i nic im nie było między sobą dziwne ani obce.
Czasem zdawał się Cichórz zapominać o celu wędrówki swojej; zatrzymywał się przy drzewie, które go zajęło olbrzymiością swą albo starością niezwykłą; wodził drżącą dłonią po rozpadanej korze, gładził ciemny mech u śniatu, wiekami narosły, z podziwem obchodził pień potwornie hruby, mierzył go sążniami rąk — to odstępował z szacunkiem na odległość pewną i wznosił oczy ku czołu olbrzyma, gdzieś w niebie schowanemu...
Szeptał przy tym z nabożnym wzruszeniem:
— Ten by umiał powiedzieć niemało... Przetrwał niejedną na świecie odmianę...
Albo:
— Kieloż to wieków przeszło ponad tobą... Już sie las jeden drugiemu podścielił — już ślaku z niego — w ziem sie rozsuł — a ty trwasz... Dziadu tych oto jedlic... Niechże cię świętość starości chroni od gniewu Pioruna...
Użegnawszy je wdzięcznością oczu i serca, wlókł się dalej. Gdy las rzedniał, rzucał okiem ciekawym
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl