Zapraszamy do lektury! darmowy test iq licziq.com
Prawo dla każdego - wydatki dzieci
Prawo dla każdego - jak można nabyć spadek
Tania internetowa księgarnia prawnicza u nas duże rabaty i możliwość negocjacji ceny
wiedza

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
pomiędzy rozchyl w głąb leśną, w nadziei niedowierzającej, czy zjawy jakiej nie postrzeże. Lecz głębia jako głębia — ciemnością jeno patrzyła...
— Pustka w komorach lasu — dumał idęcy. — Tyle, co dźwierz sie nawinie. Nie wyjdzie na oczy żadna stwora dziwna. Odkąd Chrystos pokonał dawne bogi — jak mówił święty biskup, który zna sprawy boskie — to sie wszystko przeodmieniło.
— Już nie wolno leśnemu Łowcy po widnych miejscach polować ani duchom leśnym i ziemnym ukazować sie ludziom na oczy — wszystko gdzieś pokryło sie, pozapadało w gąszcze... Pusto stało sie w lasach i na polach. Jeszcze tylko boginkom wolność niejaka ostała — ale i te mają swoje miejsca przykaźne, koło jazów i młak — nie wszędy mogą sie jawić. Co sie to nie poodmieniało za tak niedługi czas... Hej, hej — westchnął żalem skrytym. — Już ci oczu nie zadziwią — już ci serca nie wzdrygną pojawą... Przeszły, minęły — choć i bogi...
— Bezpieczniej teraz, ale puściej. Jakby sie ziemia wyludniła. Przyszła podmucha i zmietła je w zagłębia mroczne, w jamy, rozpady ziemne, w piekła, jako te liście z pagórków na późnej jesieni. Nie ostało sie żadne przeciw przemocy zwycięskiej. Natura też ich w tej niewoli musiała sie zmienić. Wszystkie pomniejsze siły stały sie złe, mściwe; mszczą sie też i na ludziach, ka mogą, choć ci nie winowaci ich upadku. Większe zasię, które miały berła władne — gdy im je odjęto, z godnością odeszły w mrok... Jedynie święta Marza poostała. No i Piorunowi nie odjęto ponoć włady, bo go słychować dotela. Co ze starym Jeszą, sam On raczy to wiedzieć. Mówią, że
włada nad piekłami, nad którymi dawniej dzierżył władztwo Niega.
— Była ich spora gromadka: jak i bogów. Siła ludziom czynili. Był prócz Jeszy-Świętowita jakiś Jarowit czy Jarko; był gniewliwy wsze Swarog, ociec Swarożyca, który stał za jedno z Piorunem; był Radgość abo Rada, stwórca miłego ognia; był Lel, stryj boga, i Łada abo Polel, syn, który mieczem sprawy ładził; był Lelej abo Lelek, Opiekun stad; był Dażbog, dawca wszelakiego dobra; byli Ród i Rodzanića, ponoć najstarsi latami; była Dziedza, opiekunka, i Dziewa, pani wód i lasów..; Wszystko gdzieś w mrok się cofnęło. Hej, hej — westchnął, kryjomie — już sie nie przywrócicie. Los jest starszy nad bogów. Los to tak wszystko przemienia, przeodmienia...
Poczynają się mu ze mgły pamięci wydobywać zatonione obrazy, dziwnie kiedyś, jak serce doszeptuje, drogie, niby twarze mało spamiętane dzieci, we wczesnej wiośnie zmarłych. Albo też jako chwile beztroskiej młodości, których człowiek nigdy nie przeżałuje. Smęt latami narasta, niby oto ten glon porostów na drzewie: zielem się wierch, a spodem siwość. — Z wierchuś chojaśny, a w rzeczy dziad...— mógłby ci rzec, kto cię całego przebada. — Tak z drzewem. Tak i z człekiem.
I znowu żal, nie poznany sercem, przeszedł przez czoło jego, jako przechodzi cień obłoku przez rolę spopielała w słońcu.
Spojrzał na ziemię i niebo — wydały mu się zesmętniałe.
— Kiedy Jesza-Świętywit panował, weselej jakoś
było... Każda chwila dnia miała swoją właściwości swój walor i barwę, inną niż następna. Poranek ukazywał sie na wierchu nagi, w jasnych stręczystych włosach, jak chłopiec po kąpieli. — Świt oznajmiał sie długą, złotą surmą, jak archanioł.
O świtaniu schodziły Panny różowe na łąki w koszulkach ze mglanej przędzy — a gdy rumakom Słońca grzywy już poza wierchem wychodu lśniące widać było, brały sie za ręce i unosząc sie naprzeciw, w świetle powietrza tajały. — Przedpołuń znaczył sie tym, że pełgające w zdłużonych cieniach drzew Rosopije, dla mokrych, zielonych szat z barwą cieni równane, spijające wargami rosę z krawędzi światła, na klęczkach, dłońmi płaskimi o ziem wsparte, cofały się do kraju lasu, gdzie jak płaszcze porzucone, ciemniły sie koło pni przez dzień cały. Tak samo południe i popołudnie, śródwieczerz
i zmrok — wszystko sie czymsi oznaczało. I były chwile, nie ciąg jeden, który znużenie starości sprowadza.
Umęczony, spoczął na ćwiartce drzewa, leżącej obok wysokiego pnia, rozdartego w caliźnie na poły; daleko wokoło ścieliły się długie odstrzały i łupy. Oczy jego, na ziemi odpoczywające, zaraniły się o krwawe ostrza szczelin. Podniósł wzrok pytajny na krzyk skostniały pnia...
Przykiwnął głową litośnie.
— Tak, nie co insze. Piorun gniewliwy strzaskał.
Spojrzał ku błękitowi.
Ze serca dobyło się jakoby nucenie dziecka;
— Zły jest Piorun, a dobra jest Pogoda...
I zafrasował się.
— Jeśliby i ją mieli wygnać ze ziemi, to... W końcu dodał:
— a nade wszystko miły Pokój...
Przez rozchyl drzew widać było w górze błękitny płat, jak łąkę albo jezioro. Niesły się po nim obłoczki pierzaste — podściel dla myśli ukojnych.
Miało się ku zachodowi, jak świadczyły szczeliny światła, przenikające przez ścianę pni.
Uciszenie przedzachodnie spłynęło z nieba ku ziemi. Z głębi puszczy donosiła się woń dziwna, poddająca się duszy znużonej jak skrzydła; niby kwiaty z cmentarza wieków lub dym z niewidzialnych kadzielnic, które ziemia na cześć bóstw dobrych, opiekuńczych, po dniu pogodnym spala.
W tym uciszeniu leśnym wyszły na jaw niewidnę dotąd głosy sikor i nikłych sikorek, pracujących niezmordowanie po drzewach. Zajęte bez wytchnienia, wciąż coś źwiędoliły, ni to sobie, ni komu. Ich te szepolenia na jedną wciąż nutę, najcieńszą, zdajały się jakby gęglenia igiełek. Dzwoniły w uszach, jak coś niecielesnego i — co dziwnym wobec ich pilności skrzętnej — jak znikomość.
Cicho, bezszelestnie przyszła zaduma do Cichorza i położyła dłoń swą na jego siwej głowie.
— Jak ono z tym wszystkim... Jaki ma walor praca tych sikorek w porówni z pracą człekową. Zbożnie sie biedzą: w nieustannym kręcie, śpiewajęcy. Abo i insze: pszczoły, mrowce — kielo ich ino jest stworzeń... Co sie to naugania, natrudzi, nazapobiega... A wszystko w ładzie, w beztroskości, jakby czuło jakąś mądrość niefrasobliwą, która do człeka nie doszła.
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl