— Życie... hej! życie... Jak ta puszcza, nieprzebadane. Ba, cóż, puszcza — tę można przeznać do gruntu po czasie. A tu sie żyje — przeżyje — i nic sie nie wie. Telo ino, jakby sie śniło, prześniło — to i owo, i tamto... I cóż z tego wszystkiego? Nadejdzie koniec, to tak, jakby sie stanęło na początku — w nieświadomości i obawie.
— Patrzę na te stworzonka... myślę se: one coś czują — jakieś wskazanie boskie, którego nikto nie słyszał. Zapewne wonczas, gdy Bóg spoczywał na łące niebios po pracy i prześniwał treść życia, które stworzył — one, latając, to łażąc po trawie koło jego boskiej głowy, coś z tego wysłuchały; albo też Sam się ulitował ich małości i szepnął im słowo, którego największym ze stworzeń nie wyjawił. Jak bądź —
warto by śledzić ich drogi...
— Ale człek zhardział okrutnie... widzi mu sie, że wszystko na to, coby zdeptać; trawę stłamsić, bydło ujarzmić, zwierza zabić, las zniszczyć, ziemię całą na iment przeorać... A on — choć i las — umiałby mu coś powiedzieć...
— Patrzę na was, drzewa... I myślę, że wam to wszystko jedno, co ja tu sobie przy was ględzę. Przetrwacie... Nie ja was bedę ścinał. Koniec mój
sie przybliża. Ten zachód, spoza was czerwieniejący, powiada mi, że sie zachodzi w mrok... Nowego dnia nie zacznę. Przeżyłech ten wiek jak dzień — nie zawdy był pogodny — i pod ten wieczór smutek mnie przy was nachodzi... Tak czuję, widzi mi sie, że sie coś ważnego pominęło. Co by to miało być, nie pojmuję. Nikłe jest moje rozumienie. Telo wiem ze spraw życia, co i wy, drzewa...
— Wiem, że słońce grzeje, że chmury przynoszą deszcz, że wiatr ma mocne skrzydła — że Pogoda jest dobrą, a Piorun zły — i że sie rośnie do czasu. To i wy wszystko czujecie sobą, może więcej... Coś mi sie widzi, że macie jakąś tajemnicę, którą sobie w najcichszych zwierzacie poszumach, a której ucho człowiecze niegodne słyszeć. W milczeniach waszych i szeptach coś sie kryje z wyroków przedwiecznych, wiadomych ino Bogu. Spokój wasz na wodzi, że z wiecznością macie sprawy. Możeście były uchem Prawdy, gdy raz na wieczność przelatywała ponad ziemią, by już nigdy nie wrócić. Milczenie wasze dało wam przedziwny szum jej lotu wysłuchać. Ludzie głośno o niej gadali — i nic sie im nie dało słyszeć. Żal przejął ich, gdy przeszła — i dotąd daremnie pragną jej nawrotu. Tak wej — gadanie, jak wszelki łoskot, płoszy...
— Wsłuchuję sie ja od lat w wasze te tajemnicze szumy — niekiedy widziało mi sie, że już-już jestem na krawędzi rozumienia — i oto oddech, łomot serca, przeszkodzą — abo strach porwie za włosy... Coś zawdy musi stanąć płotem. Na próżno nachylasz sie
jak nad przepaścią —— głucho tam i przepastnie
tylko. A to coś niepojęte, płochliwe, odnosi sie już daleko, jak ten puch mlaczu na powietrzu: ma niby siąść na ziemi — spada — a gdy sie zbliżysz, podrywa sie i odepchnięty twą bliskością, jakby podmuchem porywany, gaśnie. Gońże, człowieku, ułudę...
— Abo i gwiazdy... Kielo nocy i pod jakimi niebami... Sierpnie te białe, dzwoniące świerszczami, gdy on rój świetlików rozmnożą...
Przeniosły się w mgnieniu myśli jego w daleką,
pozostawioną dziedzinę — ku złotym płatom zbóż, ku srebrzystym ścierniom, miedzom... Długo ponad nie krążyły.
— Wróg zajął... Niechajże dzierży, pokiel mu inszy nie wydrze. Ziem na to, coby ją zajmować — ale żeby pracą czyjąś...
Łza niewróconej krzywdy wybiegła na powiekę. Wysuszył ją dłonią i patrzył dalej za szlakiem kołujących myśli. Zatrzymały się nad mogiłą, przy drogach obcych...
— Nie przeniesłaś trudu wędrowania, gaździno ty moja wdzięczna... A byłoby nam teraz dobrze razem. Miałabyś i krowy dla uciechy ócz — i owce — i studnię blisko chałup... Nie doczkałaś...
Stanąwszy przy osiedlu myślą znużoną, opatrywał je uważnie, obchodził zewsząd— i widział, że nie wszystko jeszcze zagazdowane, jak należy. — Ogródek by sie zdał jaki... Żłób do napoju bydląt i do prania... Że lnem nie ma kto robić...
Nieznaczne zafrasowanie ogarnęło go jak mgła przędzielna i poczęło siąpić na serce troską i obawą.
— Jak ono to dalej bedzie... Mnie już lata dociężują — wnet przyjdzie mus odpocząć kany pod darnią... A ci sami we trój poostaną...
— Przydałoby sie jakoś uładzić pomiędzy nimi, póki mnie łaska boża i te nogi dzierżą...
Przychylił głowę niżej pod dłonią ciężką zadumy.
— Trza by pomyśleć o synowej... Prokop już roki ma... Mnie byłoby bezpieczniej ich odejść... Ino skąd tu co kany... Chybaby do tych Rusnaków na wschodzie, co hań sobótki palili...
Pokręcił białą głową w turbancji nieufnej.
— Niełacwe to przewiady. Puszcza szeroka dzieli... Żeby Bóg kogo skąd... nadniósł szczęśliwie...
Przerwał nagle dumanie i pochylił się z żywością nad kielichem złotogłowiu, koło którego — ujrzał — pszczoła się kręciła.
— Ho, coż ty tu tak późno... Słonko nad górą, wieczór sie już przybliża... Musisz mieć ka niedaleko swoje osiedle. Nie próżno wrócisz, widzę... Podgardle zgrubiałe — na kolanach brzemiona wosku... Co sie to musiała okruszyna natrudzić...
Pszczoła zapuściła się między rozchylone wargi kwiecia, lecz prędko stamtąd wypadła z pobrzękiem, jakby wrogie co napotkała.
— Daremnie zwiódł cię kielich... Nie każdemu i kwiatu wierz... Ciekawych, ka też polecisz?
Wstał i z zajęciem śledził za jej lotem. Po czym, jakby do towarzysza za ramieniem postępującego, rzekł głośniej, niejako z przechwalą:
— Powiedziałech. Na wschodnią stronę — w ciszynę. Zajrzymy i my tam jeszcze. Może sie co nadarzy. Choć to już póżnawo...
Popatrzył w stronę zachodu, na szczeliny światła krwawiące spomiędzy pni.
— No, jakoś to bedzie. Las nas tu przecie nie straci... — uśmiechnął się przyjaźnie do mijanych drzew.
Przeszedłszy zwyźnienie nieznaczne, począł się opuszczać wschodnią stroną po spadzie gruntu połogim. Z paru miejsc dały się dojrzeć przez rozstęp drzew czerwieniejące w odblasku zachodu czubki wierchów dalekich lub cieniem już zasłonione skrawki bliższych uboczy.