VII
WALKA Z PUSZCZĄ
Prokop, gdy t o się stało, ruszył przed się w niepamięci o czasie i stronach słońca. Minął jedną ubocz, drugą — a kroki jego nabierały coraz prędszego pędu.
W zdumieniu trwożnym postrzegł, że puszcza zmieniła się w sobie. Do niepoznania wszystko się przeinaczyło. On, który nigdy lęku nie znał, począł się obzierać niespokojnie na wszystkie strony. Każdy wzrok czarny mroku spomiędzy drzew jął go przejmować trwogą.
Las mu się w oczach ludnił i zazwierzał gęsto.
Co jakiś moment — to się przewlekło coś schylonego poza ścianę pni, niby tchórzliwy szakal — ta się otarło bokiem o drzewa, jak dzika świnia — to, pomknęło spod nóg w gąszcz zmroczniały; ani wymiarkować kształtu.
Dziwnie cudaczne stwory jęły mu się ukazywać..
Poznał w trwodze, że to duchy leśne; bo ani do człowieka, ani do zwierza podobne.
Niektóre, wydało mu się, miały dzióby ptasie; insze znów lisie abo wilcze tutki, uszy kończyste jak rysie, zaś na dół człowieczy kształt; abo odmiennie:
twarz człecza, a nogi i piersi sierścią porosłe, zwierzęce.
Wszędzie je napotykał, gdzie rzucił w pędzie okiem: przed sobą, za sobą i z boku. Wieszały się ponad nim na drzewach z grymasami pysków cudacznymi — wyprzedzały go, pędziły przed nim, koziołkując jak rozswawolone małpy — to uskakiwały za pnie i zaczajone, wywalały nań jęzory długie, gdy je mijał, abo śmiały się po cichu szydnym, obrzydłym śmiechem.
Szeptał mu zza ramienia stłumiony ojca głos:
— Bedą cię straszyć pyskami zwierzy... wodzić ponad urwiska, przepaście...
— Istnie tak — stwierdził tajemnie wzrok. Drżał cały we wnętrzu, ale się niósł odważnie
i udawał, że ich cale nie spostrzega.
Gdy który z onych duchów, śmielszy, wychylił się spoza pnia i zajrzał mu prosto w twarz szydzącym pyskiem, Prokop fałdował groźnie czoło, wpatrzony w mrok swej drogi, nie raczący nawet pojrzeć na zawadę — i duch się cofał, zgłupiały.
Tedy jęły się innego sposobu. Szły nań postrachem różnym, z których każdy wystarczyłby do zamiertwienia serca.
Oto pędzi nań z zasadzki, jak wilk zgłodniały — groźnie kłami białymi połyska... Na jeden skok, ostatni, przystaje — i stropiony jego postawą nie zlękłą, zawraca w gąszcz...
Oto znów skulił się w krótkim cieniu drzewa — wyraźnie czeka. Już obejść późno — ślepia jego świecą jak dwie głownie. Co to może być? Co uczy-
ni? — Pytania jak błyskawice przelatują. Niepewność dręczy. Gdybyż przejrzeć...
— Niech bedzie sam czart! — tnie śmiałość, strachem obłędna. I okazuje się, że z cienia już ów umknął za zbliżeniem się Prokopa.
To znowu stojąca poza pniem niewiadoma stwora poczyna róść w oczach do góry, olbrzymieć... Gdy Prokop nadchodzi, grzbiet jej czy czoło sięga już mroku sklepienia.
Minął w drżeniu i przeszedł.
Aliści poczynają mu się ukazywać w postaciach srogich zwierzy, świecą ku niemu ziskrzonymi oczami, kłapią nań ostrymi zębcami — a gdy go i to nie zawraca z drogi, poczynają mu pokazywać oblicza nigdy nie widziane, nie pomyślane nawet, niepojęte, od których dziwności strach w całe ciało przechodzi...
I to przemógł. Wtedy, jakby zmową porozumiane, ruszyły naraz ze wszystkich stron i hurmą lecą na niego...
— Czy las sie wali?
Przystanął. Postanęły i one — tłoczą się w ścisku poza pnie — podają sobie znaki — czekają...
Ruszył naprzód — to samo. Zerwał się szum, jakby sto orłów wraz do gąszcza wpadło.
Lecz już nie dbał na nic — biegł pędem i umknął z koła napaści.
Las przycichł. Zziajanemu widziało się, że odetchnie.
Wtedy najstraszniejsze, czego się najwięcej lękiem spodziewał, wyszło mu na oczy: