Zapraszamy do lektury! angielski dla dzieci
zajęcia dla dzieci
prezentacja maturalna - motyw wędrówki w literaturze na 100%
Ser Camembert z czerwonym Pesto i z tala
opracowanie motyw małżeństwa w literaturze na egzamin ustny

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
Jeden z duchów ukazał mu w mroku, czy udał sam, twarz krzyczącą Daniela...
Żachnął się  Prokop i do bogów, groźne czoło podniósłszy, zawołał:
— Czemu mię dręczycie, okrutni, gdyście od wieków postanowili, że to sie ma stać? Kto kroki moje wiódł? Kto wolą moją kierował? Ja nie chciał. Sam nie wiem, jak to sie stało...
— Co sie stało? — zagadnęło go dobitnie z boku. Niby biczem, smagnięty tym pytaniem, rzucił się
przed siebie w las.
— Huź! Huź! — szczuły za nim duchy.
Do tej ciżby prześladowczej dołączył się i Mrok, który, wychodząc z głębi, ciskał mu się pod stopy ułudnymi pomosty i był jako zdradliwy oklepiec dla jego kroków. Nieraz poderwał mu nogi i szarpnął w dół zakryty — nieraz gałąź ostrą podstawił niby oszczep niewidoczny, o którą ranił kolana.
Jako zwierz dzienny, szczuty pod noc, biegł Prokop na oślep w coraz gęstsze cienie lasu. Bezmyśl tej drogi-ucieczki mrokczyła mu do reszty oczy i mózg, iż mało już rozeznawał zmysłami siebie i mijane wokół rzeczy, jakby w ciężkim, majacznym śnie ten trud nadmierny, a tak już mało i odczuwany, czynił. To wiedział — bo to tliło się w nim jak niedopał watry pod popiołem — że musi gdzieś, ku jakiemuś końcu dojść... Czy na kraj puszczy?... Czy na brzeg jakich wód?... Czy na krawędź wszystkiego życia?... Byle jak najdalej, jak najdalej od siebie i od tych psów szczujących.
Potracił duchy zajadłe, poostawił je daleko za sobą, jednak nie ustawał w pędzie, obawiając się, że
każda chwila wytchnienia znowu je może nadnieść, ścigające. Bo że nie ustaną w pościgu, czuł strachem zdrętwiałego serca i jeno posłuchiwał, rychło się za nim w trzasku gałęzi odezwią.
Jeden Mrok dotrzymywał mu uparcie kroku. Nieraz widniejsza przestrzeń przerzedzi albo szarzejąca spoza drzew polanka złudziły Prokopa, iż radował się potajemnie w sercu, że wyjdzie na jakieś światło, że prześladowcy się straci z pilnych oczów; lecz gdy wyszedł na polankę, ten już czekał zwinięty u pni naprzeciw, czaił się w kraju lub wyciągał ku niemu łapy kosmate z głębi leśnej. — Teraz Prokop całą przemyślność ku temu kierował, aby omylić jego czujność. Rzucał się niespodzianie w bok między leśne ściany, pomykał kurytarzami krętymi — cicho omijał kępy drzew — przeskakiwał wgłębienia i wyrwy, w których ten się czaił, i przenosił się po wydmach piaru jako jeleń.
Mrok nie dawał się zmylić. Choć nie pędził pobok blisko, a jeno ścianami lasu, wgłębieniami, zniżony, że jeno grzbiet mu uznać było — wciąż uprzedzał Prokopa i troił się, dziesięcił, setnił — wszędy obecnym był, gdzie Prokop kroki obrócił.
Zrozumiał w końcu, że ten go już nie odstąpi.
Chytrość mu doradziła szeptem, by go jakim pochlebnym słowem ulegował. Więc, napotkawszy go, rzekł mu życzliwie:
— Tyś mój brat... Obaśmy na jednej drodze.
Lecz słowa te nie odmieniły wrogiego wejrzenia Mroku.
Tedy wściekłość wstała w nim z bezrady — myśl nieodparta: — zabić!...
Świecąc po ziemi gniewem oczu, schylał się po nałamane wichrem sęki i ciskał je z rozmachem, jak groty, w czarny łeb, gdzie go dojrzał. Lecz jakby w otchłań prał pociski. Nic nie sprawiały. Nic nie jękło — nic nawet nie zaskowyczało. Po każdym razie Mrok wyszkliwał ku niemu oczy przepastne — jemu zdawało się, że szydzące.
Wściekłość tym większa w nim rosła.
— Och, żeby móc dosięgnąć!...
Wyszukiwał gałęzie długie, drzewce i rzucał się, niby z kopią na smoka. Godził we włochatą pierś, to w gardziel — a uderzywszy, czuł, że próżnię przeszywa...
W momencie pewnym zauważył przez krwawą mgłę ócz, iże Mrok uchodzi przed nim... Nie odwraca czarnych ślepiów, a cofa się w głąb leśną...
Spostrzegłszy to, drgnął otuchą i biegł z zamierzonym oszczepem...
Naraz zachwiał się, jakby w mur czołem uderzył — przystanął — ramienia nawet z zamachu nie zdołał opuścić.
Oto wyjawił mu się z gąszcza orszak dziwny... Jelenie o wielkich rogach... wóz w kwiatach... postacie żałobne niewiast...
— Czyj to pogrzeb?... — spytał lęk.
W odpowiedzi jakby dłoń niewidoczna, czy powiew, kwiatów uchyliła na wozie — wysrebrzyło się, wsparte na zagłowiu paproci, blade oblicze Daniela...
Krzyk wypadł z piersi Prokopa.
Orszak stanął. Niewiasty zwracają zdziwione oczy
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl