ku niemu. A jedna z nich podnosi rękę... Groźna, jak noc bez gwiazd...
— Och, uciec!
Ruch nakaźny wstrzymuje — gniotą słowa...
Przeklęty bądź, łamiący się z Mrokiem,
Zabójco mojego syna.
Niechaj ci wszystko, na co rzucisz okiem,
Tę zbrodnię wypomina.
Niechaj ci dzień stanie się kaźnią,
Noc otchłanią —
Niechaj cię cienie ogrodzą bojaźnią,
A światła ranią.
Niech cię zabija srogą męką
Słoneczna spieka —
A gdy po napój sięgniesz ręką,
Niech woda przed tobą ucieka!
Niech każde drzewo, każdy krzew
Ruszy na ciebie zagładą —
Iżeś śmiał rozlać bratnią krew...
Przeklinam cię mą władą!!
Przeszedł orszak.
Prokop stał, zamiertwiały. Jak skały staczane z góry, zwaliły się nań ciężkie słowa przekleństw. Długo nie mógł głowy, przybitej ku piersiom, ku cetynie drzew unieść. Pojrzy wreszcie — i nie może rozeznać, gdzie jest, w jakich przedsieniach piekła... Potoczy okiem zlęknionym naokół — i widzi: wszystko przeinaczone w kształtach, groźne i wyraźnie przeciw niemu wrogie... W miejscu sucharów sęka-
tych widzi ptaki jakieś olbrzymie, żurawce, o długich, ostrych dzióbach, zamierzonych nań z wysoka jak dzidy. Tam oto, pomyślałbyś, drzewa pochylone, a to sępy przysiadłe, niewiada skąd zleciałe; pazdurami skały obejmują — skrzydła na pozór konarów spuściły — szyje ich nagie, schylone — potworne, kabłączne nosy... Rzekomo drzemią, a oczami zmrużonymi patrzą — czekają na ścierw...
— Uu! — zawył bezgłośnie. Przeniknął go strach do kości.
A tam — potwory jakieś o stu łapach... Czemu się nie ruszają? By je z kształtu wziąć za drzewne wykroty. Istnie taki mają pozór. Ale jego, Prokopa, nie zmylą...
Wszędy, gdzie się obróci, widzi stwory wrogie: zwierze przyczajone do skoku, niby to jałowce — to rosnące gdzieś w górę, by go samym strachem zgnieść — to insze...
Cały las przediablił się i idzie nań zagładą...
Prokop, zrazu lękiem osłabły, osatał się wnet.
— Niechby całe piekło!... Któż jeszcze — kto naprzeciw?! Niech wszystko stanie, do walki!... Niech i bogi!... Wy — diabły... Ino wprost — czołem do czoła!...
Rzucił się mężnie naprzeciw. Zraniony w pierś sękami, nie cofnął się, lecz począł je kruszyć pięściami, niby żelaznymi młoty — w przekonaniu, iż kły srogie potwora, godzące nań, kruszy... Potwór bronił się łapskami, chwytał go pazdurami za nogi, za ręce. Lecz i łapy, odłamane, padły. Ostał ino sam kadłub, który Prokop rozeznał jako kłodę drzewną. Nie złudziło go to, bowiem przeznał już moc diabel-
skich czarów. Że jednak natrafił na kamienny opór, pominął i skoczył dalej.
Miał przed sobą ptaszysko olbrzymie, na jednej stojące nodze. Szarpnął za tą piszczel. Ani drgnie. Jak gdyby w ziemię wrosła.
— Ja cię tu ruszę — zaklął.
Wziął ją w żeleźce dłoni, począł chwierutać siłą, w końcu nagiąwszy mocą ku sobie, wyważył. Spadło ptaszysko z szumem i jękiem rozgłośnym, omal iże go nie przysiadło. Pojrzy Prokop — a tu skrzydła, odłamane, leżą — gnaty poprzetrącane... Zaśmiał się we krwi zwycięsko i dalej szedł przebojem...
Kruszył nastawione rakwy — łamał szczęki skostniałe — przetrącał potworne łapy — wydzierał z miazgą szpony ostre — przewracał, burzył zawady chytrze grodzone i szedł, jak młyniec pchnięty wichrem, jako ten płomień-gryf skrzydlaty o lwich stu łapach...
Przylękły się diabelskie stwory i częstokroć za jego zbliżeniem przybierały pozór i kształty niewinne.
Oto zwierze kudłate... gdy je postrzegł i rzucił się ku nim, te w mig się w drzewa, cetyną uwełnione, przemieniły.
To znowu zalazł mu przed oczy pokorny dziadek leśny, o łzawych oczach ciekących, o brodzie siwej, do ziemi prawie spadającej...
Nie dał się Prokop zwieść. Szarpnął za brodę raz i drugi — okazało się, że była z porostów siwych przyprawiona. Ten, widząc, że go odkryto, przemienił się w pień. Nie uszedł jednak śmierci.