Prokop już niczemu, nijakim kształtom nie dowierzał. Obalał pnie zbutwiałe — wykracał twarde suchary — darł gałęzie, cetynę z drzew — rozłupywał na poły wykroty — rozbijał leżące kłody — deptał ich próchno — niszczył, tarasił wszystko, co mu stanęło przeciwem. Pracował strasznie.
Ulice za nim się czyniły — wyręby, place, ku niebu mrocznemu otwarte...
W miarę jak mocarzył się z tym wszystkim, rosła jego siła — widziało się, że wnet las pocznie z kraja walić — stanie się jako Piorun sam lub Wicher, jego pomocnik. Już o ciało nic nie dbał, nie czuł ran, krwi ciekącej — stał się jeno siłą, przez ciemne potęgi miotaną.
Miotał się w gmaszyskach puszczy i przedzierał się przez gąszcze — istnie krwawy płomień, coraz nowymi zwycięstwy sycony.
Zatrzymało go światło roztoki: fale spienione, skaczące z rozhukiem...
Podejrzliwie wpatrywał się w ich pościg szalony.
— Coś strasznego stało sie, że oszalały — poddał mu jakiś szept w huku słyszany: — Patrz... stamtąd lecą...
— Skąd lecą? — spytał Strach, dźwigając łeb kudłaty...
Prokopa przerażenie ogarnęło. Przecież go zabił — po dziesięćkroć zabił Strach — a on łeb dźwiga... Coś w przelocie szepnęło:
— Skoczyć między te fale... uciekać z nimi... uciec!...
— Tchórzliwy daniel — zadrwił głos inny.
— Kto wyrzekł: Daniel?! — ryknął Prokop, patrząc groźnie naokół.
Otaczały go zewsząd wrogie postacie — cały ich las... Zwłaszcza te za wodą — wyraźnie gotują się nań... do skoku.
Nie czekał w zawziętości, lecz uprzedzając je, przechybnął ponad fale i rzucił się w las, gotów walczyć ze wszystkim do ostatka.
Wiele dni Prokop walczył z puszczą.
Po stokroć odepchnięty, raniony, nie ustawał. Zawściekał się tym srodzej. Czuł, że to walka na śmierć i życie, ostatnia. Abo on zmoże i przejdzie — abo puszcza go pochłonie.
Puszcza też jakoby to samo we walce czuła — i nie ważyła sobie lekce przeciwnika. Stanęła przeciw w całym swym uzbroju, ze wszystką mocą, tajnie dotąd w zapadach mrocznych skrywaną. Wywiedła hufce niezłomne, które już w stu burzach były i widziały Pioruna w ogniach, oko w oko. Stały ściśnięte, ramię do ramienia — dziesiąte, setne, tysiączne... Przedzielały je rowy, szańce, groble oślizgłe, moczarzyska...
Wieleż razy Prokop wpadł w doły zdradliwe na ostrza sęków! to zagrzązł w młaki, w topiele błotne, z których ledwie się trudem rozpaczy wydobył... Ziemia, sprzymierzona z puszczą, chciała go wciągnąć w lochy swe nieodemknione.
Wieleż razy był na mieczach wrogów, wiele razy
natknął się na nastawione kopie, rozdarł miąższ ciała na ostrzach!...
Lecz nie ustawał we walce. Ciskał się piersią ku żelaznym hufcom, jak fala wściekła ku skałom. Odpadał i znów się rzucał, aż do krwawej piany warg, aż do oślepnięcia krwią...
Wyrastały przed nim, jakby spod zaklęcia, potęgą ciemną na jaw wystawiane: grodziska jakieś — zamki obronne — twierdze... Wyraźnie przez krew oczu rozpoznawał mury — ostre brony bram— wały zjeżone kołami — palisady...
Zdobywał je w okrutnym trudzie — przebiegał ciemne ich wnętrza, pełne wołających strachów — i dalej pędził zdobywać...
W ogniu tej walki zaciętej wydychał od przerażeń spoczynków. Bowiem gdy, ciałem domęczony, padł na ziemię, by wytchnąć — siły, ze krwią upłynione, wilgocią ziemi okrzepić — zaraz pojawiały się dręczące stworzyska.
To bóg koźlonogi, szyderca, który trop w trop biegł za nim, cieniami drzew zasłaniany, nie bojąc się upadłego, podchodził blisko, siadał na zadzie włochatym i grał palcami na nosie abo wykrzywiał różnymi grymasami swą capią gębę, wyraźnie szydził z jego tej niemocy.
To stwory jakieś nieczyste, na poły zwierze, wilkołaki, wysuwały się z cienia i krążyły wokół leżącego z zamiarami nieprzeznanymi. To wreszcie insze...
Nie miała doba chwili wolnej od tych złych mocy. I każde miały z osobna godziny swoje — swoje prawo.