O zmierzchu ćmy szare zlatywały z gałęzi i obsiadały go jak sowy. Gdy zdołał oczy na bok zwrócić, widział je przykucnięte, pootulane, na coś nieodwołalnego w drzemce pozornej czekające...
Później wyłaziły zmory zza progu cienia... Małe, osobliwe stworzenia, różnych kształtów: to ptaki o kocich łapach, to kuny o nosach ptasich, to do świstaków podobne, z uszkami nietoperzy... Gramoliły się, gdzie które mogło — na stopy leżącego, na kolana, na dłoń opadłą, na ramię... Członki za ich przysiadem — jak by głazami przycisnął... Ani poruszyć nimi, ani drgnąć. Czuł, że gdy które pierś mu przysiądzie, już po nim; serce ustanie drgać.
Za czym Mrok przystępował i na obezwładnionego wwalał się całym ciężarem, kosmatymi, niedźwiedzimi łapy szukając szyi, gdzie dech ze serca się schronił...
Tedy Prokop, zebrawszy siły ostatek, raptownym podrzutem ciała wyrywał się spod tego przysiadu — a stwory, widząc go ożyłym, pierzchały w popłochu w gąszcz leśną...
Wiele dni Prokop walczył z puszczą, a końca nie widać było. Czuł, że siły w nim gasną, a puszcza jakby rosła w moc. Rozpacz nim poczęła władnąć i zastępować utratę sił. Przedsiębrał szalone zamachy — rzucał się jeden z dłońmi na niezdobyte warownie i zdobywał je — lecz począł w sobie czuć klęskę... Tedy odczuwać począł i rany ciała.
A straszne to ciało jego było. Porozrywane, pasmami krwawymi wiszące, zdawało się — w pióra
czerwone ubrane. Na piersiach i ramionach rany otwarte, głębokie, przez które duch kości patrzał. Z dniem każdym upływały w potoczkach krwi siły. Rozpacz już nie zdołała ich zastąpić sobą.
A wytchnienia nie mógł dojść... Gdy legł o zmierzchu na mchu — Mrok tłoczył się na piersi łapami. Gdy o świtaniu schował się w gąszcz i siadł pod drzewem, skulony — bóg-łucznik wypatrzył go przez szczeliny leśne i szył w niego ognistymi strzały...
Zerwał się jeszcze na ostatni bój. Duchy przed nim cofały się, gdy szedł tak przez puszczę, straszny, świecący krwią. Łamał zapory — gruchotał przeszkody — piersią roztrącał zbijające się naprzeciw hufce — i walczył, walczył ostatnimi siły — aż padł pod bramą twierdzy niedobytej. Powstać już ciało nie było udolne. Płomień w nim zgasł.
Mrok tryumfalnie wwalił się na piersi krwawe.
Puszcza przemogła.
VIII
PŁACZ JEWKI
Jewka nie mogła doczekać się braci. Już od dnia, jak się stracili, wiele świtań i zmierzchów minęło — już ognisty wóz Swaroga, coraz mniejszą po niebie zataczając drogę, oddalił się znacznie i tylko na krótko ukazywał się, co dnia mniej świecący, na szlakach swoich łońskich nad południowym skłonem — już drzewa puszczy liściaste miały czas postroić się w przedzgonne barwy jesieni — a ich nie widać.
Zrazu myślała, że Daniel z wołmi poszedł w inszą stronę, a Prokop gdzieś w zapadach puszczy poluje; lecz gdy woły przyszły po dniach ku osiedlu same i jakieś dziwnie w oczach zestrachane, trwoga ją przeczuć niedobrych przejęła. Upewniła się zaś w tych przeczuciach, i już lęk serce jej owładnął, gdy spojrzała baczniej na ojca.
Plątał się koło osiedla i coś bezustannie zrabiał — lecz wszystko, co czynił, nie miało powiązania z rozumem. Twarz miał zmienioną — ziemistą, szarą — z jakąś martwotą w niej zastygłą. Oczy też nie patrzyły, choć rozwarte, na nic, jeno w jakiś punkt bliski na wewnątrz. Jakby sen ciężki spadł na niego: