Spróbujesz mi ich stal.
Chmury zachodzą nocą...
Już! Miej się na baczności!
Gdy skinę, ostrzem błysnę,
Ziemię oślepię strachem,
Gdy grot ognisty cisnę —
Wtedy ty całą mocą
Z całym strasznym zamachem
Wal!!
............................................
— Hej! Grzmocie!
Wieczny mruku,
Towarzyszu i sługo mój stary,
Ożyw się! raźniej!
Wyjdź ze swojej pieczary,
Pokaż się zbladłym w łoskocie,
W grozie i huku —
Zatrwóż! Zlęknij! Sprzeraźnij!...
Rozprostuj bary olbrzymie,
Ramiona przeciąg wszerz,
Zestąp na dół w me imię,
Przejdź się po ziemi w dudnieniu,
Na mile kroki swe mierz —
Ku górom!... które się tatrzą hań —
Oprzej swe bary o grań —
Czuwaj! w pilnym baczeniu
Rachuj rzucone pociski——
Gdy łyśnie pocisk bliski,
Za każdym razem
Praśnij w dolinę głazem,
Aż się roztrzaska na miał!
Za każdą boru klęską
Dam znak wśród ogni-żmij
Wtedy huknij zwycięsko,
Stocz naraz łomy skał,
Spraw łoskot w górach,
Hurkot na chmurach —
Grzmij!!
................................................
Hej, węże Łyskawice!
Śpiące w zawojach chmur,
Zwinięte w złote korony —
Podnieście głownie-ognice,
Oświećcie roztocz gór,
Wystrzelcie z kołtunów krętych
Na wszystkie ziemi strony —
Niech każda z wężowych chmur
Porazi strachem zjętych
Jako głowica meduzia —
Dalejże! huzia!
W skrętach, zygzakach,
W ognistych znakach
Nad puszczą wszerz śmigajcie —
Strach-postrach niećcie,
Tnijcie powietrze
W ciszy, we wietrze,
Łuskami świećcie,
Łyskajcie!
..........................................
— Błysku mój! tarczo! słońce!
Skryty w czeluściach za chmurą,
Rozsiej swe światło górą,
Wyjaw, co czynią me gońce...
Powicher wciął się w bór.
Rarog zakrwawił piór.
Grom wali raz wraz młotem.
Grzmot głazy toczy z łoskotem.
Czas na zmiertwiałe uderzyć,
Śmierć szerzyć —
Groty już w dłoni mej warczą.
Co drzewo, co mi zwierzę —
Marnym to bogu igrzyskiem...
Błysku mój! Tarczo!
Wskaż, gdzie się chroni człowiek —
Rozświeć las — uderzę!
Oczy wyżrę spod powiek —
Serca dostanę pociskiem...
........................................
Hań — na dole — w uboczy —
U zwału kłód...
Wichrze! zabież przed oczy!...
Rarogu, goń!...
...........................................
Ach! jasna!... cud!...
Gońce, tu! do nogi!...
Błysku, oświeć jej drogi,
Chroń...
.........................................
Gdy długie, przenośne światło stanęło na jednej z uboczy niższych, ku roztoce spadającej, którą lesiły ze rzadka drzewa iglaste i buki, a wykroty leżały po niej jak po świeżym wyrębisku, w połowie jej stromości dało się widzieć pasterkę zganiającą na dół owce...
Białowełniste, zbite strachem w gęsty kerdel — bok przy boku — zsypywały się z uboczy stromej jak srebrny wodospad...
A ponad nimi — niby biały, jaśniejący posąg — dziewczę we lnianej szacie, która ją jako piana mokra oblepiała, w płomiennym okolu włosów, w ruchu zastygłym żegnania — gdyż lewą dłonią, schylona, przytrzymywała na piersiach ściężałą od deszszu szatę, a prawą w trwodze sięgała do czoła — i tak ją błysk roznośny oczom Peruna wyjawił.
Zstępowała tuż za bielą owiec, nieomal kolanami dotykając ich wełny — te zaś wiły się pienistym potokiem, omijając zawady kłód, złomów i wykrotów, które wicher w swym pędzie natarasił.
Co światło rozbłysło, to lawina owcza zesuwała się wartko po stromości. Gdy gasło — czarna ściana nocy wstrzymywała ich — ją i owce — wrytych — do następnego rozbłysku. Tak już parę uboczy przeszli — od zaczęcia burzy — i zesunęli się aż tutaj.
Otucha pomału poczęła rozwiązywać nogi, strachem po drodze spętane. Grom przestał obalać drzewa — grzmot już nie tak przeraźnie hurkotał. Natomiast ciche, roznośne błyskania stawały się coraz dłuższe i ułatwiały schodzenie.
Niezadługo kerdel owiec spłynął ku roztoce. Pasterka odetchnęła. Gnała je dalej po równi, która się rozszerzała w łąkę. Tu, na przestrzeńszym miejscu owce się rozrzedziły. Pies biały, duży, owczarz, o stręczystej sierści, który dotąd, strachem przejęty, zwijał się koło nóg pasterki, począł teraz opędzać dookoła kerdel i przywracać owce odstrychnione.
Burza ucichła. Grzmot jeszcze dudnił w oddali,