Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - Umowa dzierżawy
Prawo dla każdego - kompetencje rady gminy
praca maturalna - motyw pojedynku w literaturze na 20pkt
Najlepsze tapety na pulpit dla Ciebie
Wybitnie przedstawiony motyw groteski w literaturze dla maturzystów

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
ale już zgoła nie groźny; jakoby od niechcenia nierówne kręgi ech po chmurach górą przetaczał.
Przy uśmierzeniu powietrznym tym huczniej wygłaszał się spad wody w roztoce. Rozszalałe w rozpędzie swym fale, widne przy białych rozbłyskach, targały brzegi zwężone, wyszarpywały ze ziemi głazy, odrywały darnie — całe płaty z korzeniami drzew — porywały olbrzymie wykroty spadłe i unosiły je na grzbietach świetlistych we wirze pian.
Coś potwornego było w tej rozpętanej wściekłości, w tych zębcach łyskliwych i w tych zawziętych, olbrzymich pazdurach fal.
Lecz światła gęste, srebrzące to wszystko, baśniły rzecz całą, iż wydawała się patrzącej na to pasterce po tych strasznościach burzy jak jakiś dziw ze świata bajek — jak biały, huczący sen.
Do tego przydawał się też widok polanki, która przy cichych rozbłyskach wyjawiała się oczom co chwila jako srebrzysta ścierń.
Polanka ta rozszerzała się i zataczała w dolinę otwartą, w którą też kerdel, wiadomy drogi, zawrócił. Huk roztoki cichnął, oddalał się, odpływał na dół.
Błyski rzedniały i cofały się za ustępującymi na wschodnią północ chmurami. Nad wierchami zachodu przetarło się niebo — i jak okno gościnne po długim błądzeniu, płat zieleni z gwiazdami paru się wyświecił. Pasterka dziękczynne oczy podniosła ku temu oknu i raźniej za owcami szła.
Źroczniej uczyniło się w dolinie. Pobok zjaśnionej wodą ścieżki zaczernił płot i wyszarzył się spoza niego płat owsa zwalonego; w bruzdach bieliły się zesypy gradu.
— Owies pobiło... — stanęła pierwsza myśl wyraźna w huczącej głowie pasterki.
Jeszcze w umyśle jej zestrachanym dzwoniły echa-ognie burzy.
Powoli gasły we wrażeniu, utyszały się pod popiołem lotnego zapominania, niby okrutny sen.
Natomiast poczęła uczuwać w ciele znużenie leniwe, jak po wydostaniu się na brzeg z topieliska. Warkocze jej ociężały, szata zmokła oblepiała ją krępując nogi, iż z biedą mogła nadążać. Lecz wiedza o bliskim schronie, jako i rosnący w górze płat nieba zielonego wyrywały ją znużeniu.
Ozwały się z niedaleka grube szczekania psów. Zamajaczyły budynki.
Owce skręciły po polanie w stronę, gdzie znaczyły się wyraźniej w mroku krzasła płotu. Ponad nim w górze iskrzyły się gwiazdy.
Poczęła wganiać kerdel do koszaru, w czym pomagał jej pies-owczarz.
Z mroku osiedla wyszła postać i zbliżyła się ku wrotom. Poznała ojca.
— Ty, Jewka? — ozwał się; znać było w głosie troskę i radość pospólnie. — Jakoż ty tam, dziewczę, bój sie biedy, w taki czas... Musiałaś daleko zagnać...
— Na wyźnią ubocz.
— Trza było wcześniej brać sie.
— Dyciech zajęła przed zmrokiem, ale burza zastąpiła...
— Hej, strasznie uwojowało. — Podszedł ku niej. — Bałech sie w sercu, by cię jakie nieszczęście ka nie spotkało.
— Bóg dobry strzegł. Nastrachałach sie ino niemało. Piąć jedli przy mnie rozłupało.
— Srożył sie Perun... Niech imię jego nie będzie w złą chwilę wypowiedziane. Cześć mu i Siłom jego. Niech dalekimi stronami przechodzi... Baziu, baziu — wwoływał przyostałe za wrotami owce. — Wszystkieś przygnała?
— Nie rachowałach przy koszarze, bo mrok myli, alech zajęła wszystkie z góry.
— A każ krowy?
— Ostały w średniej uboczy: nie chciały iść.
— By ich ino co nie naszło...
— Coby zaś...
— Wilki sie gęsto przesnuwają.
— Ho! dziś ich postrachało — nierychło wyjrzą z jam.
— Nie bojne one, wnet sie ockną. O Cisawę zachodzi, bo niebezpieczna w tym czasie... Któryż to będzie miesiąc?... Coby zaś nie pomietała...
— Dawałach na nią baczenie: pasła sie jak i drugie.
— No idźże, idź do izby, boś zmordowana; osusz sie, zjedz wieczerzę (w komorze masz) i legnij. Ja tu już koszar zawrę.
— A każ bracia?
— Poszli cię szukać. Niepokój ich pchnął, skoro cię nie widać było. Prokop chciał sam, ale i Daniel sie uparł, choć lęka sie przeraźnych świateł Peruna. Tę bojaźń widać ma z matki — niechaj słońce dalekich stron oświeca jej mogiłę...
— Każ sie udali?
— Daniel poszedł roztoką na lewo, a Prokop w ubocz na prawo. Dziw, żeście sie minęli.
— W uboczy wykrotów moc...
— Ho! Prokop na to niebaczny. Jemu przeszkody — jako płot siekierze. Musiał już ubocz przejść, nimeś zganiała.
— Trza ich zwołać, by sie daremno nie trudzili.
— Słysz... hukają...
— Prokopa głos.
Posłała odzew w stronę głosu, aż puszcza zadźwięczała. Nim echa ścichły, powtórzyła. Na to ozwał się z bliska niegłośny odhuk Daniela.
— Niedaleko zaszedł chłopiec mój — rzekł pobłażliwie ojciec.
— Pewnie już obszedł roztokę i wraca.
— Ho, ho — rozśmiał się dobrotliwie — musi mieć łaski u Dziedzy mój lnianowłosy. Tak i matka brała go w obronę, by o najbłahsze. Daniel był jej ulubieniec. Prokopa nie tak już kochała, choć pierworodny...
— Ja obu zarówno miłuję — oba braty.
— Miło bogom usłyszeć i ojcu. Niech cię nasz stary Jesza i Krystos chronią od zła. Choć mówią, że Jesza już zdał całą władę na Niego...
— A Perun skąd ma moc?
— Sam ze siebie... och, groźny! — wstrząsł się na wspomnienie burzy. — Nierychło puszcza zapomni.
Jął umacniać wrota przy koszarze, które niedawny wicher ochwiał.
© 2010 www.oyama-tygrys.org.pl