Siły mu się w tej pracy zdwoiły. Gdy zacinał spojenia na węgłach, echa siekiery jego odbijały się gromko od uboczy, jakby kto głazy w roztokę prał. Obaj pomocnicy, widząc, że sobie da z drzewem radę, napatrzywszy się robocie, poczęli go zaopuszczać. Daniel począł zabiegać ku bydłu, to pomóc Jewce zawrzeć, to pozganiać, z początku na chwilę jeno, potem na pół dnia i dłużej. Ojciec zaś, mając już osiedle w oczach, począł przemyśliwać o pasiece; podchodził w las, zapuszczał się co dnia coraz dalej i wypatrywał pszczół w jedlach zbutwiałych. Nawet Prokopa odwoływał od roboty, gdy się mu zdarzyło najść. Ścinali oną jedlę i wyrzynali z niej ul gotowy z pszczołami. Już ku jesieni rządek takich ulów stał za osiedlem na rówience.
I już tak się ułożyło samo przez się, iż ojciec się pasieką zajął, Daniel z Jewką paszeniem, a na Prokopa spadł trud ukończenia osiedla. On też w roku następnym wsiał owies na polance na świeżych rywocinach dzików, zaskrudlił go broną zrobioną ze sęków ostrych, a gdy owies się udał, jął się karczowania pni we wyrębie, skąd drzewo na budynki wzięto.
Małomowny był, ojcu lada słowem na gwarę odpowiadał, bratu rzadko i odmrukiwał. Zmieniał się zaś przy siestrze. Zazwyczaj jakby lodem obłożony, topniał wyraźnie przy niej. I słowa miętkie nieumiejętnie dobierał, uśmiechać nawet zdawał się na jej wejrzenie. Nieraz umyślnie gniazdo jej orle przyniósł, wiewiórkę lub jakąś stworę z lasu.
Gdy lat tych Jewka doszła, że się wstydziła spać z nimi, on komorę jej osobną wybudował z oknem do wschodu — i gdy ściany w izbie były z okrąglaków hrubych, z których ino sęki odjęto, to na komorę drzewo na gładko ociesał i własną ręką wyciął siekierą słonko nad oknem z promieniami, a na sosrębie serce — jakie na portkach uherskich wyszywane widział.
Gdy Jewka jeszcze na niższych zboczach pasała, skąd jej śpiew w dolinie słychować było, to Prokop mało się z osiedla wydalał, gospodarstwem zajęty, tyle ino, jak mus lub potrzeb kazały. Lecz gdy, postępując zwykiem pasterskim za trawą, musiała iść z owcami ku wierchom, gdzie woły Daniel pasł, wtedy Prokopa jakby co szczuło od domu: albo gnał z psami po lesie jako on Duch-Myśliwiec, strach życia, albo wybiegał do wyrębu i karczował z zaciętością pnie do nocy późnej.
I w to rano, gdy słonko drugi raz po onej burzy wielkiej wstało, napotkało Prokopa we wyrębie.
Już od świtania mocarzył się z pniami.
Żmudna to walka była i zacięta. Śniaty kilkuwiekowych drzew o hrubości niezwykłej, twarde jak z krzemienia, nie dały się żelazem łupać. Rąbanka odskakiwała od nich abo szczerbiła się na ich skostnieniu jak na stali. W gruncie zaś tkwiły mocno. Gdy przypadał ku nim z kołem żelaznym w dłoni i uderzał w nie, niby kopią w pancerze smoków — ani drgnęły. I wyważyć się z gruntu nie dawały. Gdy je próbował podjąć kołem, zadawszy jego trzon za ramię, tym mocniej trzymały się piargu. Hrubymi, jako drzewa, trój- i pięcioodnogami w ziemię na sążeń wpuszczone, stu-korzeniami długimi, to sięgającymi w głąb, to w szerz daleko rozsnutymi, do gruntu mocno przywarte, potwornymi rozwidleniami, zaplecionymi poza skały albo wszczepionymi w pękniecia głazów, w podgrunt jako polipy przeolbrzymie wrosłe, zdawały się żadną siłą niewychwiewalne.
Lecz Prokop nie był ustępliwy. Gdy ich nie mógł wykrócić zamachem, rozkładał zawziętość swoją na szereg prób.
Bił kołem doły wzdłuż zgrubiałych odnóg, rozrywał darnie więżące, przecinał żylaste zaplecia, obtłukiwał ze zębców piarżystej gleby korzenie, rozluźniał ścięgna-powrozy, daleko na boki rozpięte — i zadając kół spod spodu, ważył siłą. Jeszcze się trzymały mocno. Każdy korzeń, każde odramię z osobna ciągło z napięciem ku sobie i nie dawało się z gruntu wyszarpnąć. Dopiero gdy ochwiawszy już pień należycie, zadawał pod śniat drzewce długie, podtaczał pod nie gnat i ważył dźwignią ozwodną, wtedy pień się po paru stękach wywalał.
Leżały poobalane po większej połaci wyrębu, jako potwory wielonożne o cudacznych kształtach.
Dokoła nich doły rozwarte, ziemia zryta, zrujnowana do gruntu, jakby ją centaury we walce zdeptały, sęki skruszone, kora zdarta, korzenie hrube stargane jak bicze — wszystko świadczyło, że tu wściekłość walczyła z oporem.
Skoro słońce strzeliło zza wierchu, odkryło się przeraźniej pobojowisko to leśne. Potworne cielska pni w czerwieni światła zdały się jako polipy lub kraby olbrzymie, drgające jeszcze ścięgnami, żywcem z krwawiących trzewiów ziemi wyszarpane. Ruda krwi świeciła w dołach. Ordzawione zaś kopce, wyrywy i opodal tkwiące w ziemi pnie-głazy, podobne w świetle do czerwonego granitu, mogły się zdajać mogiłami tego cmentarza leśnego.
Wszystko to zdziełał Prokop. On wyciął ten płat lasu na dom i na okół, resztę na siągi, które schną jeszcze przy kraju — on wypalił złomiska, piar, nasypany z iglic gałąźnych przez wieki, i odkrył szczerą ziemię — on sam tę połać wrębu wykarczował.
I kiedy teraz, wsparty na drągu, stoi nad świeżo wyważonym pniem, we krwi potu na ciemnej twarzy, z gniewem skamieniałym w czole, wydaje się jak groźny, ponury mściciel jemu samemu nie wiadomych win. Na czole jego w bruzdach gniewu — w polu krótkim między miedzami brwi — worana pomsta. Mści się też na onych pniach.
Pojrzał okiem po zszarpanej ziemi.
Już sześć od świtu wyważył.
Uczuł zdrętwiałość w rękach, znużenie w kolanach. Postąpił dalej i usiadł na pniu.
Chwilę spoczywał.
Podniósł wzrok ku wschodnim wierchom. Przezdał mu się daleki, wysoki, ledwo zmysłem dochwycony pogłos dziewczęcego śpiewu. Stamował oddech, stał się cały słuchem.
Nie omylił go przymrok echa.
— Jewka śpiewa — oznajmił sercu. Poznałby jej głos po barwie za najgrubszą ścianą boru, za stu taflami powietrza.
Odmiana stała się w nim, jakby go anioł powietrzny musnął skrzydłem w przelocie. Oczy mu się stkliwiły, czoło się wyrównało; twarz przybrała wyraz, gdy ją obrócił pod słońce, prawie łagodny.
Trwał tak momentów wiele.
Znów cień chmury twarz mu zaowlókł.