Od wierchów śpiewu męskiego stłumiony dalekością pogłos zaleciał — czy jeno się mu tak w słuchu przezdało.
— Daniel... — szepnęła złość.
Opuścił głowę i wzrok kamienny, jako ten kół
o ostrzu stępiałym, wbił w ziemię krwawą u stóp. Fałdy na czole wyrosły, na miedzach brwi ukazały się bruzdy głębokie, w których słońce cień położyło.
Tak zastał go ojciec, który po czasie niekrótkim nadszedł powolnym krokiem od strony osiedla.
— Spoczywasz, synu?... Jakoż ci sie tu powodzi? Popatrzał po karczowisku.
— Na złote widły Niegi! — dotknął w zdziwieniu dłońmi włosów. — Chybaś to nie sam zdziełał... Co tarasu! Jakby sie tu olbrzymy walczyły...
Zwrócił się do siedzącego.
— Nie przebieraj tak na siłę, synu, bo choć jej masz dość, dzięki bóstwu, możesz to życiem przypłacić. Chyba jak chcesz się odbyć od razu... Żebych nie ufał opiece dobrego Boga, powiedziałbych, że cię złe opętało..
— A jakże orać, po pniach? — mruknął niechętnie Prokop. — Siać trzeba, samiście przytużali, skoro owies zrósł teli...
— Dyć zrósł, bo zrósł, ale mało co z tego oświta. Przyszła zwyczajnie burza...
— Czy ja to sługa Peruna, Płanetnik, cobych burzę miał władę zażegnać?!
— Ho, Prokop, strasznieś prędki! Nie dosłuchasz
i ciskasz sie. Burza burzą, może ominąć, obejść inszymi stronami... Ale czy to jedno czyha na pracę człekową? Ani wiedzieć, skąd co kiedy... Ty dasz starunek, a plon tego, co ma siłę i podstęp.
Tak bywa. Tak i mnie haw... Com sie narobił, nałaził koło tych mądrych chrobaczków — no i przyjdzie se kudłata stwora i ze smakiem zje... Prokop zwrócił ku ojcu pytanie ócz.
— Tak, synku, nieszczęście haw. Niedźwiedź gościł w pasiece.
— Daleko może być? — porwał się na nogi.
— Ho! kto go ta wie. Już mógł za dziesiątą górę zajść. Nie w tę noc był, ba w burzę... On się grzmotu nie lęka, a od błyskawic jeszcze mu widniej do jego spraw. Złodziej zbójowaty. Ja sie nie spodział — nie zazierałech, aż dziś. Patrzę: pięć uli obalonych. Czyby wiatr? — myślę, bo to i wiater duł ze wściekłą mocą — podchodzę — a tu ślad wyraźny: łapska znać, bo grunt był mokry po deszczu — po ziemi wosk i kupki pszczół zgniecione. Tyś już! — pomyślałech, a tak mi sie zrobiło w sumieniu niedobrze, jakbych na zgorzelisko trafił. Od spodu sie brał, potwora. Co nie wyjadł, to sprzewracał, zrujnował, sponiewierał — za jaki czas tego sie nie naprawi. Tak mnie serce na niego boli... bo to ma psia zatracona po lesie tego dość — nie — tu przyjdzie pracę człekową zniweczyć.
Wsparty o wykrot, tak że słońce, padając z ukosa, grało na jego białych włosach jak na strunach, stary Cichórz skarżył się, biadał, złorzeczył, a Prokop słuchał ni nie słuchał, spoczywając jak poprzód na pniu w ponurym w ziemię wpatrzeniu.
— Też zaszedłech ku tobie — podjął ojciec, skończywszy biadanie owo — byś co radził, bo może sie i drugie nieszczęście przytrafić. Cisawej do dziśka nie ma. Od przedwczora, jak ostały z tą burzą...
Te stery przyszły, a ta sie gdzieś zaharaściła. Pozieram ku krajowi, czy na polankę nie wyjdzie — bydlę przecie ma czuj dobry, osiedle czuje z daleka — ale na próżno wzrok silę, nie widać. By zaś co kany... bo ona i niebezpieczna, jak ci wiadomo, spodziewamy sie w tym czasie...
— To trza iść szukać — rzekł Prokop, nie podnosząc głowy.
— Juści inszej rady nie ma. Nie przyjdzie złaza, skoro jej dotąd nie widać. Zbier sie też i idź za nią. Ja stermać sie już po horcach nie zdolę — burza natarasiła moc wyłomisk... Ci dwoje w górze — kto wie czy na noc zeżeną...
Prokop dźwignął wzrok ku wierchom. Chmura znów zaszła na czoło zbrużdżone.
— Powiadała Jewka — ciągnął stary — że je na średniej uboczy odeszła. Tam trza by sie naprzódy pokręcić, w tej okolicy. Nie musiała zajść daleko od miejsca, ka sie pasały. Bydlę samo nie idzie w nieznaną stronę, chyba jak je co postracha abo pojmie. Trudno miałby ją za rogi pojąć złośliwy leśny bóg o koźlich nogach, choć jemu przypodobne bardzo takie psoty: kropiłech je przecie święconą wodą i żegnałech je krzyżem, gdy sie na wiesnę wyganiało, a te wszystkie leśne stwory boją sie krzyża i wody.
Przeżegnał się i w stronę lasu posłał dłonią w powietrzu znak krzyża.
— Złośliwsze one są niż pierwej. Zaciekają sie o swoje prawa. Diabły z nich sie nieczyste porobiły... Mają one swoje w lesie sprawy, ale najradziej człekowi dokuczają.
Jakbyś sie zbłąkał w puszczy, to cie pojmą, będą łudzić różnymi głosy, wodzić ponad urwiska, przepaście, straszyć pyskami zwierzy, i tak cię zdręczą, że sie żywy nie wydostaniesz. Prawił biskup: jedyna przed nimi broń — to sumienie spokojne...
Prokop podniósł się z pnia, cisnął ze siłą kół dzierżony w dłoni, aż się po szyję w ziemię zarył, i poszedł, słowa nie rzekłszy, ku uboczy.
Stary Cichórz patrzył długo w zdziwieniu za odchodzącym, wreszcie, gdy go las schował przed oczami, pokręcił smutno głową:
— Hm, hm... coś niedobrze...
Tyle zdołał wymiarkować z dziwnego zachowania się Prokopa. Mrukliwym znał go już od czasu, ale teraz — zauważał — coś niepokojącego w nim powstaje.
— Czyby go jaki zły duch napastował...
Strwożył się ojciec w sercu niepomału. Syna kochał. Widział w nim jednym, w jego pracy, ugruntowanie osiedla. Wzniósł oczy siwe ku słońcu:
— Boże wszechmocny, dobry, który wszystkie sprawy ładzisz, nie wypuszczaj nas z opieki swojej, nie daj dostępu złemu...
Imienia bogu ostrożnie nie przydał, nie będąc do znaku w sercu pewnym, którego włada jest większą: Chrysta-odkupiciela czy Jeszy-świętowita. Życie i doświadczenie lat nie przyniosło mu pewności. Widział kapłana bogów, którego słuchały węże — widział też biskupa, który uzdrawiał chorych.